Robota nie zając

Pracowity mam okres ostatnio, co oznacza, że siedzę po 18 godzin z laptopem, obłożona literaturą pomocniczą w postaci 3 kupek wydruków rozmaitych tabel i zestawień, 4 do 5 otwartych książek naraz oraz kilka dodatkowych na stosiku.

Koty oczywiście sfochane, że pani zajmuje się czymś tak nieistotnym jak praca zarobkowa. W dodatku cały stół jest zajęty, nie ma gdzie usiąść żeby obserwować co też pani tam robi. Granda, panie. Kot nie byłby kotem, gdyby tak po prostu pogodził się z taką niesłychaną sytuacją, toteż wytrwale i uporczywie starają się za wszelką cenę zdobyć moją uwagę.

Modeli zachowania jest kilka.

Model mobilny, preferowany przez 2 koty. Trzeba spowodować, żeby pani wstała i poszła za kotem. Pretekst nieistotny, grunt żeby było głośno i nie do zignorowania. Można to robić jak VaiPer – opierając łapy na kolanach pani, póty grzebać łapką i miauczeć żałośnie, póki pani się podniesie. Wtedy robimy szybką przebieżkę po mieszkaniu i wracamy do punktu wyjścia – bo miska, do której tak naprawdę idziemy, stoi tuż przy krześle pani. Można też robić jak FaJin – łazić po mieszkaniu wyjąc rozgłośnie i złośliwie nie zdradzać, o co chodzi. Niech pani przyjdzie, weźmie na ręce, pogłaszcze – wtedy uciekamy, czekamy aż usiądzie i zaczynamy od nowa.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Model stacjonarny, 2 kolejne koty. Wskakujemy na stół i łazimy w kółko po klawiaturze i książkach. Minimum logistyczne to 3 okrążenia. Jeżeli jesteśmy mainecoonem, jak TaiChi, możemy wówczas stanąć między panią a laptopem i mamy całkowitą pewność, że nie tylko nie jest w stanie dojrzeć ani kawałka laptopa, ale też ma sierść w nosie oraz na twarzy. Jeśli jesteśmy tylko rusałką, jak PaiLu, a pani złośliwie próbuje podglądać pod naszym brzuchem albo nad naszym grzbietem, należy sprytnie udać, że się poślizgnęło i zrzucić wydruki oraz co najmniej jedną książkę. Działa bez pudła.

Model mieszany. Niezależnie od rasy. Wskakujesz na stół, a jak pani cię przegoni, improwizujesz. Antenka zwykle demonstruje, iż zraniona jest do głębi, więc pani w poczuciu winy idzie za kotkiem do łazienki i tam kotka przeprasza. ChiNa zostaje w pobliżu, ale patrzy znacząco. Pani jest cienkim bolkiem, łamie się w ciągu minuty i przychodzi miziać kotka.

Oczywiście koty są za sprytne, żeby tak się domagać wszystkie naraz. Wiadomo, że pani sześciu rąk nie ma. Optymalizują więc ilość wysiłku oraz przewidywane korzyści i przychodzą po kolei. Jak dobrze się zgrają, to i ze 4 godziny tak potrafią uszarpać. Że niby praca nie zając, prawda… Poczeka, prawda…

Related Images:

Facebooktwitter

Stan zen a sylwestrowe kanonady

Minął Sylwester i niektórzy mają to szczęście, że wreszcie mają spokój. U nas świętowanie trwało od 29 grudnia do 1 stycznia do około 22.00. Gdyby nie to, że mamy okna wychodzące na środek takiego kręgu, wokół którego stoją budynki, zaś strzelanie odbywało się po jego zewnętrznej stronie, mogłoby być znacznie gorzej. A tak odgłosy były dosyć stłumione i koty nie zwracały na nie uwagi.

Szczerze współczuję wszystkim, którzy mieszkają „bliżej cywilizacji” i mają co roku prawdziwe kanonady pod oknem. Co gorsza, nawet jakby człowiek chciał uciec ze swoimi zwierzakami, to nie ma gdzie! Wszędzie strzelają! Nawet w Tatrzańskim Parku Narodowym.

Tegorocznego Sylwestra spędzaliśmy ze znajomymi, którzy mają psa bojącego się nagłych odgłosów. Rudzia została wzięta ze schroniska będąc już w wieku średnim a jej poprzednie doświadczenia  nie są znane. Na pewno nie były miłe, bo każdy huk, burza – no i oczywiście Sylwester – powoduje u niej ataki paniki, histerycznego szczekania i chowania się mysią dziurę.

Postanowiliśmy więc wziąć sobie do serca zalecenia dotyczące traktowania zwierząt w takich przypadkach – kto obserwuje nasz profil na facebooku, ten zapewne pamięta wpis udostępniony 28 grudnia. W skrócie: należy zachowywać się tak, jakby nie działo się nic złego.

Nie należy wspierać lęku zwierzęcia: nie przekazywać i nie utrwalać informacji, że dzieje się coś złego i że należy się bać. Nie przekazywać własnego lęku o zwierzęta tym zwierzętom. To przekazywanie odbywa się poprzez specjalne traktowanie: przemawianie, przytulanie i uspokajanie podczas huków. Zwierzę widzi, że faktycznie jest źle i się boi.

Zen. Całym sobą manifestować: nic się nie dzieje. Nie rozczulać się nad zwierzęciem. Zachowywać się normalnie. Myśmy stanęli wszyscy w kuchni, ktoś rozlewał szampana, ktoś kroił potrawy, wszyscy rozmawiali, śmiali się głośno. Oczywiście w takich chwilach, kiedy wszyscy wiedzą, że trzeba coś mówić, w głowie nagle pustka, więc co jakiś czas ktoś wygłaszał radosnym tonem: „no mówcie coś jeszcze, bo mnie się pomysły kończą!”, ale po chwili wątek wracał i dawaliśmy radę.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Skutek? Psica oczywiście się bała – tego się nie uniknie. Kuliła się to pod krzesłem, to za czyimiś nogami. Szukała bezpiecznej kryjówki – ale szukała jej przy ludziach, nie w odosobnionych zakątkach. Co jakiś czas wyglądała i patrzyła na nas, jakby sprawdzając czy faktycznie wszystko jest ok. Szczeknęła może ze dwa razy, na co właściciele zareagowali tak samo, jak reagują zawsze: spokojnymi słowami „Oj, Rudzia, przestań szczekać”. I Rudzia przestała.

Kiedy ostrożnie przenieśliśmy się do pokoju, strzelanie jeszcze trwało. Rudzia położyła się w kącie przy stole, koło nóg swego pana, i leżała dalej spokojnie.

Właściciele zgodnie stwierdzili, że tak ulgowo to im jeszcze nigdy hałasy nie przeszły. Wniosek: to działa!

Pamiętajcie o tym następnym razem, kiedy wasz zwierzak będzie się czegoś bał – unikajcie zachowań płynących z dobroci serca: uspokajania, pieszczot, przytulania. Dużo skuteczniej pomożecie swojemu pupilowi roztaczając wokół aurę spokoju i nic-się-nie-dzieje-owości.

Related Images:

Facebooktwitter

Deska

Kotki pomieszkały sobie w kojcu, ale nie za długo. Kiedy pierwszemu uda się wyleźć, otwieram wszystkim drogę na zewnątrz. Dzień, w którym otworzyłam kojec był ostatnim dniem, kiedy kocięta w nim były.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Mają do dyspozycji łóżko, mają kocyki, mają dywan, a przeprowadziły się… na deskę. Gołą deskę, która stanowi podstawę drapaka. Czasem przenoszą się na fragment pokryty miśkiem, ale po chwili znowu widzę, że śpią na kupie na desce. PaiLu tam też z nimi leży i tam czasem karmi. Nie ogarniam tych kociaków.

Co mnie cieszy, to że często sypiają razem na łóżku. Od bardzo dawna łóżko stało się ziemią niczyją – koty tak były zazdrosne, że w rezultacie przestały przychodzić. Czasem jeszcze FaJin zdrzemnie się w nogach, ale starsze już tylko przychodzą wieczorem powiedzieć dobranoc albo rano powiedzieć „Dawaj śniadanie”.

A to takie fajne jest, kiedy wieczorem przychodzę i wpasowuję się pomiędzy ścianę a kłąb niebieskiego szczęścia, ostrożnie, żeby im nie przeszkadzać. One zaś po chwili odrywają się od mamusi i zaczynają swoje harce i atakowanie siebie nawzajem i pościeli. Na wierzchu kładę wielki ręcznik, który szarpią pazurami i zębami jak dzikie zwierzęta swoją zdobycz. Póki nie było ręcznika, traktowały tak prześcieradła. Wystarczy spojrzeć na biedny ręcznik – wygląda jakby pod nim granat wybuchł. Kocięta go uwielbiają.

Ale kiedy zgaszę światło i dom się powoli uspokaja, maluchy kolejno wędrują na swoją deskę.

Related Images:

Facebooktwitter

Nie odpukałam w niemalowane

W domu sajgon. Antenka ma ruję.

Kto zetknął się z rują u rusałek, ten nie zapomni do końca życia. Nieustające, monotonne, grobowe wycie o natężeniu zdolnym doprowadzić do rozpaczy wszystkich w promieniu rażenia. Dzień i noc. Bez przerwy. No dobra, krótkie przerwy na drzemki oraz – w tym przypadku – karmienie.
Bielutka też ma ruję. W porównaniu z Antenką, prawie jej nie słychać.

Pomyślałam sobie, że do kompletu TaiChi powinna dostać ruję, to wtedy zostałoby mi już tylko udać się żwawym krokiem w kierunku najbliższego zakładu zamkniętego i schronić w cichej, przytulnej celi bez klamek. Ale – słowo daję! – nie powiedziałam tego na głos! Nawet nie napisałam!

Więc za co??!!

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Im więcej tym lepiej?

No to co – szybkie wyjście z szafy, bo spóźniona jestem okrutnie!

25 czerwca FaJin urodziła trzy pocieszne Klusiątka: 2 dziewczynki i 1 chłopca.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Klusiątka mają już ponad tydzień i zaczynają otwierać oczy. Pełzają już na długie dystanse, tj. dalej niż na odległość wyciągniętej paszczy od matki. Matka oczywiście zadowolona nie jest, bo się rozłażą. Co z tego, że powoli, skoro uporczywie.

Niestety miłość między FaJin a Antenką skończyła się dwa dni po urodzeniu Klusiątek. FaJin włączył się bardzo silny tryb obrony kociąt, również przed Antenką. Doszło do pogróżek i rękoczynów (pazuroczynów?) i w rezultacie dziewczyny zostały odseparowane.

Dla mnie to oznacza brak dostępu do niektórych rejonów mieszkania – a to do sypialni, a to do łazienki. Konia z rzędem temu, kto wynajdzie 100% skuteczny sposób na przechodzenie przez drzwi tak, żeby żaden kot się nie przedostał w którymkolwiek kierunku. Ech. Uroki hodowli.


Ponieważ w związku z tymi potwornymi upałami musiałam, po prostu musiałam, udostępnić sobie łazienkę, FaJin chwilowo rezyduje w sypialni. Mogę się kąpać co godzinę, ale za to chyba spać będę też w łazience. Co wcale nie jest głupie, bo tam najchłodniej. :)

Klusiątka mają już swoją Galerię, gdzie będą się pojawiać zdjęcia.

Chciałam też tak nieśmiało przypomnieć, że 3 Laleczki czekają na nowe domy. Zapraszamy :)

Related Images:

Facebooktwitter

Uczta prawie lukullusowa

Za kotem piętrzy się góra mięsiwa rozmaitego: pasztety, kiełbasy, szynki, a ten… żre babkę ziemniaczaną. Zrobioną – niespodzianka – z ziemniaków. Moja krew.

Jak mi jeszcze ktoś powie, że moje koty to takie zwykłe koty, jak każde inne, tylko w dziwnym kolorze, to go wyśmieję.

W ramach anegdotki mogę jeszcze opowiedzieć, jak kiedyś bratowa przywiozła mi kawał mięcha w darze. Rozmawiałyśmy sobie, a ja porcjowałam chabaninę na kawałki w celu zamrożenia. Jakoś tak się zagadałyśmy, wyszłyśmy z kuchni, a ja zapomniałam o mięsie na blacie.

Wracam po jakimś czasie – leży nietknięte. Ha! Przebijcie to! :)

Related Images:

Facebooktwitter

Troje nastolatków

To niesamowite, jak te kocięta się różnią. Zupełnie inne charaktery, pomimo tych samych rodziców i warunków wychowania.

Chłopcy wyrośli na nastolatków demonstrujących swoją niezależność.

Saladyn spędza dużo czasu sam, chodzi własnymi drogami, ma własne zabawy. Zwykle gania po domu, kiedy jego rodzeństwo śpi – i na odwrót. Sam rzadko przychodzi na mizianki, ale wzięty na ręce rozpływa się z zachwytu, wylizuje mi dokładnie całe ręce i twarz i w ogóle najchętniej by nie schodził.

Sharif też demonstruje samowystarczalność, jednocześnie będąc blisko człowieka i innych kotów. Sam przychodzi na pieszczoty, uwala się brzuszkiem do góry jak basza, ale dla równowagi łapie dłoń zębami. Nie gryzie, tylko trzyma zębami. A ponieważ staram się kocięta oduczać takich zabaw, zwykle wkładam mu do mordki jego własną łapę albo koniec ogona, a on się wtedy przezabawnie złości. Podejrzewam, że to uwielbia.

Serafina z kolei nie demonstruje niczego. Kiedy jest w przytulastym nastroju, przychodzi na kolana i zagląda miłośnie w oczy. Kiedy ma ochotę na inne rozrywki – po prostu wstaje i oddala się. To jest dopiero prawdziwa niezależność. A do tego jest kotkiem tak niesamowicie miziastym i garnącym się do człowieka, że nie sposób jej nie kochać za tę kombinację cech.

Tymczasem w drodze do weta na kastrację kto wył jak potępieniec? Obaj chłopcy. Serafina zachowywała względny spokój – na tyle na ile to możliwe będąc zamkniętą w małej przestrzeni z dwoma wyjcami. Tyle w temacie: jaki to ze mnie macho.

Choć muszę przyznać, że po powrocie do domu Saladyn położył się grzecznie w koszyku i poszedł spać, natomiast pozostała dwójka wlazła mi na kolana i pozostała tam aż do późnego wieczora. Dobrze, że zrobiłam sobie wolny dzień, bo i tak nic nie byłam w stanie zrobić z uczepionymi spodni dwoma kotami. Nawet wstać na chwilę.

Dobrze, ze już po wszystkim.

Related Images:

Facebooktwitter

Trudno być matką dorastających kociąt…

Jakoś wstrząsająco szybko rosną te kociaki. Sama nie wiem, kiedy minęło drugie szczepienie, a chłopcy osiągnęli półtora kilograma wagi. Teraz kiedy leżą obok siebie w trakcie karmienia, ledwie mieszczą się przy boku PaiLu.

PaiLu zaś prezentuje wyjątkową nadopiekuńczość. Zawsze była nadopiekuńcza, ale tym razem przechodzi samą siebie. Normalnie po dwóch miesiącach przestaje karmić maluchy, tym razem karmi nawet po trzech. Fakt, że tylko chwilę, bardziej „dla smaku”, ale jednak. Dodatkowo czuje potrzebę bronienia ich przed wszystkim. Wystarczy, że któryś piśnie, ona już leci, gotowa zabijać. I niestety obrywa się pozostałym kocicom, nieważne czy winne, czy nie.

A że maluchy, posłuszne odwiecznym instynktom, tłuką się cały czas, to co i rusz zdarza im się pisnąć pod naciskiem zębów rodzeństwa.

Biedne kocice, mówię Wam.

Na szczęście już się trochę atmosfera oczyściła i znowu wszystkie zgodnie przytulają się i wylizują uszy, ale okres, kiedy kocięta intensywnie i organoleptycznie poznawały świat był naprawdę trudny do wytrzymania. PaiLu nie była w stanie zaakceptować tego, że małe śpią już samotnie w różnych miejscach, chowają się pod i za meblami i w ogóle chodzą samopas! Bez jej opieki i kontroli! Dramat!

Dopóki mieszkały w sypialni, dopóty był spokój bo miała nad nimi jakąś kontrolę. Odkąd odzyskały wolność – biedna znowu dwoi się i troi, żeby podążać za każdym maluchem. Jednocześnie. We wszystkich kierunkach naraz. Koci multitasking.

Related Images:

Facebooktwitter

Zatłoczone noce

Jak pamiętacie, w wyniku niedawnych wydarzeń dziewczyny zrobiły się dosyć nerwowe i nie widziałam innego wyjścia, jak odizolować je od siebie. Stanęło na tym, że PaiLu z kociętami zamieszka w sypialni.
Wraz z kotami przywędrowała kuweta, miski, ulubione kocyki i zabawki. Zrobiło się… trochę tłoczno. Ale co zrobić – taka jest potrzeba chwili, trzeba to znieść do czasu, aż sytuacja się unormuje.
Kocięta zadowolone nie były, bo amputowano im taki fajny obszar do eksploracji, ale jakoś się z tym pogodziły. Całą swoją energię ukierunkowały więc na rozniesienie  pokoju na strzępy. A że już całkiem sprawne i energiczne były…


Kiedy nadchodziła noc i zaczynałam krzątać się po sypialni, przygotowując się do snu – dla kociąt był to widomy znak, że trzeba wstać i zacząć coś robić. Bo i światło zapalone, i pani się krząta, i tyle rzeczy się dzieje…

Zwykle sypiam po zewnętrznej stronie łóżka, ale jak tu spać, jak kocięta ganiają się po pokoju i zakręty im często wypadają już na łóżku i na mnie? (przypominam, że łóżko nie ma nóżek, zostały usunięte właśnie po to, żeby kocięta nie chowały się pod). Przesunęłam się na drugi koniec łóżka, od ściany.
Nagle! najbardziej fascynującym zadaniem stało się sprawdzenie czy między łóżkiem a ścianą nic nie leży, a jeśli nic – to wrzucanie tam zabawek i wyławianie na nowo. Potem zawody – ile najwięcej kota zmieści się w tej szparze. Potem biegi na czas z jedną parą łap w szparze, a drugą na łóżku. Grrr.
Położyłam się na środku.
Szpara przestała być tak niezwykle atrakcyjna, ganiajmy się wokół – kto pierwszy zrobi zylion okrążeń! Kiedy czwarty raz przeleciały mi po twarzy, miałam chęć przerobić je na kisiel i ciastka. Ratunku. Ja muszę spać, choć trochę…

Nakręciłam nawet komórką film o tym, jak to wygląda, gdyż słowa nie oddają grozy sytuacji. Niestety złe Mzimu zeżarło go wraz z pozostałą zawartością karty pamięci telefonu. Część zdjęć udało się odzyskać, filmy wszystkie poszły w kosmos. Zamiast tego będzie więc dawka budyniu w innym temacie. Proszę zapiąć pasy i przygotować się.

Related Images:

Facebooktwitter

Wyższe poziomy rozwoju

Zważyłam Sykotki.
Po urodzeniu Sharif wazył 130g, a Serafina i Saladyn po 120. Po niecałych 2 miesiącach – Sharif: 860g, Saladyn: 790g, Serafina: 690g. Nieźle :)

Kociaki są świeżo po  pierwszym szczepieniu. Tym razem przygotowaliśmy się z Panem Wetem na wszelkie ewentualności (mając w pamięci nauczkę, jakiej udzieliły nam kocice poprzednio). PaiLu została zamknięta w sypialni, Antenka – w łazience. Kocięta donosiłam pojedynczo. Kłucie zniosły dzielnie, a Saladyn nawet nie zapiszczał, taki był dzielny – prawdziwy wojownik!

Szczepienie przerwało im drzemkę, więc po zabiegu po prostu poszły dalej spać, a wieczorem wstały jak nowe. Żadnych niepokojących objawów poszczepiennych, na szczęście.

Kocięta mieszkają teraz z matką w sypialni. Musiałam je odizolować od TaiChi aż zatrzyma się u niej laktacja, a ona  sama przestanie tak się do nich garnąć. Zwłaszcza, że PaiLu wcale nie jest z tego powodu zadowolona i strasznie się złości, a swoją złość rozciąga też na pozostałe kocice.

Kociaki zdobywają coraz wyższe rejony. Najpierw znalazłam je na poziomie pierwszej platformy drapaka. Biły się. Na szczęście upadek z niewielkiej wysokości zupełnie nie wytrącał ich z rytmu – wdrapywały się z powrotem i rzucały do walki.

Potem znalazłam wszystkie trzy śpiące w jaskini na drugim poziomie. Dobrze, że TaiChi nie ma wstępu do sypialni, bo pewnie nie byłaby zadowolona – to jej miejscówka.

Na drugim poziomie zostały tez przyłapane na kolejnej edycji karmienia wyczynowego. Udało się złapać tylko komórką, więc zdjęcie cudem urody nie jest, ale i tak robi wrażenie. Dodam, że żaden nie spadł i nie doznał urazów przy tej karkołomnej rozrywce.

Z drugiego poziomu tylko krok na parapet, który tez dostarczył chwili rozrywki.

Aż nadszedł ten dzień, kiedy udało im się wdrapać na samą górę i przejść na regał. Od tej pory sypiają tylko na regale albo najwyższym poziomie drapaka, który jest na tej samej wysokości. Przepadło, mam oto kolejny miot kotów wysokościowych.

Related Images:

Facebooktwitter