Gorączka sobotniego popołudnia

Zobaczcie jaki piękny bukiet dostała Serafinka i my w sobotę od jej nowych właścicieli! Taka orgia kolorów w środku zimy, czysty zachwyt! Kotom tez się podobał, co poznałam po tym, że go nie zjadły i nie zrzuciły ze stołu.

W sobotę kotki wypucowane i wypastowane czekały na odwiedziny przyszłych właścicieli. Czas płynął, mróz mroził a radosne oczekiwanie snuło się po kątach. Wtem! SalAdyn po raz pierwszy samodzielnie wyszedł z pudła.

Do kojca zwabił mnie płacz zdenerwowanej PaiLu. Włożyłam kocurka do pudła i oddaliłam się ku swoim zajęciom. Po chwili widzę po przeciwnej stronie pokoju SeraFinkę. Druga? Wątpliwości rozwiał widok PaiLu niosącej w kąt SharIfa. No ładnie, i co ja mam teraz zrobić? Ręce mi opadły.

Desperacko wrzuciłam kociaki do pudła, a pudło do czekającego łóżeczka dziecięcego. Zbudowałam też z ręczników i kawałków materiału namiot, w którym PaiLu była całkowicie schowana wraz z dziećmi. Zostało tylko liczyć na to, że nie zacznie przenosić maluchów, kiedy będą goście.

Ku mojej radości PaiLu znienacka pokochała miejscówkę i uspokoiła się na tyle, żeby pozwolić obcym ludziom brać kociaki na ręce. Kociaki jeszcze do popołudnia miały kwarantannę w pudle, potem zostały wyjęte i położone luzem na kocyku. Pierwszego dnia świat je straszył, ale już od niedzieli w nowym kojcu trwa nieustanna impreza.

Dzięki większej przestrzeni kociaki błyskawicznie opanowały sztukę poruszania się w z góry upatrzonym kierunku. Biegają, ganiają się, wspinają po siatce, huśtają i zaczepiają wszystkich wokół. PaiLu kładzie się z nimi również w części otwartej, a czasem przychodzą w odwiedziny inne koty i leżą razem. Sielanka.

Jedyny minus jest taki że tuż obok stoi komputer a ja, zamiast pracować, siedzę i się gapię. A jak tylko zajrzę do namiotu, SalAdyn woła: pi pi! i leci do mnie. No i jak tu nie wziąć kotka na ręce i nie wymiziać. A jak jednego, to pozostałe też. I godzina leci…

 

 

Related Images:

Facebooktwitter

Miłe lokum na parterze

Kotki zaczynają się poruszać w sposób bardziej skoordynowany. Objawia się to m.in. tym, że intencjonalnie wspinają się po ścianach kojca. Na razie bez efektu, ale jest to kwestia dni. Wobec tego przeprowadzka w niższe rejony stała się sprawą palącą.

W czwartek jednym ruchem przeniosłam na łóżko pudło z PaiLu i kociętami w środku. PaiLu oczywiście dostała szału ze zdenerwowania, na zmianę chwytała dzieci albo wrzeszczała pod zamkniętymi drzwiami garderoby. Cały dzień spędziłam leżąc razem z nimi i uspokajając kocicę. Dobrze, że tego dnia pracowałam w domu i mogłam sobie pozwolić na taką ekstrawagancję jak praca w łóżku :)

Przykryłam pudło swoją bluzą, żeby trochę zacienić kociętom otoczenie i dać PaiLu odrobinę prywatności. Najpierw odganiałam inne koty, bo matka karmiąca porzucała dzieci za każdym razem, kiedy ktoś zajrzał do pudła, ale do wieczora atmosfera nieco zelżała i skończyły się dramatyczne akcje.

Pewną niedogodność stanowiło to, że pudło i dwie osoby na łóżku o szerokości 140cm nie za bardzo chcą się zmieścić. A przynajmniej niezbyt komfortowo.

Po dwóch dniach (i nocach) śmiałym ruchem przeflancowałam kocie towarzystwo na dolną półkę w szafie, gdzie kocice wychowywały poprzednie mioty. I tym razem – o cudzie! – PaiLu nie zaprotestowała. Siedzą tam sobie grzecznie we czwórkę, kociaki kicają w kółko, mamusia karmi bez stresu i wreszcie przestała chodzić po domu i wrzeszczeć. Wreszcie odrobina ciszy! Uff.

Kocięta są fajne, ale to co się dzieje wokół nich, to jakiś dramat i groza. Teraz trzeba szybko odpocząć, bo jak kocięta zaczną samodzielnie poruszać się po domu – a to już niedługo – drama zacznie się na nowo.

Related Images:

Facebooktwitter

Czułe powitania

Każdy mój wyjazd obowiązkowo musi być zakończony kocim fochem. Tym razem zostawiłam je na półtora dnia, aby świątecznie zwizytować stęsknioną rodzinę.

Jedynym kotem, który przywitał mnie po powrocie przy drzwiach była PaiLu. Było mizianie, mruczenie, ocieranie się i zaglądanie w oczy. Być może chodziło o to, że koniecznie chciała pójść na spacer piętro wyżej – ale nie bądźmy małostkowi!

Reszta kotów zignorowała mój powrót. I w zasadzie nie byłoby o czym mówić, gdyby nie fakt, że karę za wystarczającą uznały w nocy i przychodziły kolejno się przywitać. Dla objaśnienia grozy sytuacji dodam, że mam lekki sen i kłopoty z zasypianiem.

  • przyszła FaJin zamiauczeć i zamruczeć mi prosto w twarz (no heloł) i połazić pod kołdrą. Pobuszowała przez jakiś czas i poszła.
  • przyszła TaiChi pomruczeć mi prosto w twarz. Przeszła mi po brzuchu z prawa na lewo i z lewa na prawo kilka razy. Ustabilizowała się wreszcie na moim brzuchu, położyła się i zaczęła mruczeć. Aż echo szło. Po jakimś czasie poszła sobie. Ledwie zdążyłam się zdrzemnąć…
  • przyszła ChiNa. Połaziła w kółko, położyła się częściowo za moją poduszką, częściowo na niej i zaczęła mruczeć. Głośno.
  • przyszedł VaiPer i przegonił towarzystwo. Położył się obok mnie, wyciągnął na całą długość. VaiPer ma zwyczaj się rozpychać dosyć energicznie, tym razem wbił mi przednie łapy w żołądek (poświąteczny, pełniutki!). Doprawdy, upojna to była chwila. W końcu zasnęłam…
  • i wtedy VaiPer uznał, że czas zmienić pozycję i miejsce. Położył się na książkach i gazetach za moją poduszką. VaiPer mruczy bardzo cichutko na szczęście, bardziej tak posapuje niż mruczy. No to szybciutko zasypiać!
  • Ale nie, gazety niewygodne. Przyszedł i zaczął grzebać po mnie łapą. Znaczy, że czegoś chce. Nie miałam już siły się ruszyć, więc tylko odchyliłam kołdrę, ViPer wlazł i wyciągnął się na cała długość przytulony do mego brzucha. Jak milutko, mru mru. Po czym wyciągnął przednie łapy energicznie w górę, wbijając mi je w gardło. Ratunku. Zegarek pokazuje 6:13. Ratunku ponownie. Wstaję i wychodzę z sypialni. Koty za mną. Udaje mi się zamknąć im drzwi łazienki przed nosem, przemyka się tylko TaiChi. Wracam do łóżka. Jestem już tak wykończona, że nawet łażąca po mnie TaiChi mi nie robi. Zasypiam.
  • Budzi mnie serdeczny gryz w łydkę. FaJin buszuje pod kołdrą i właśnie upolowała moją nogę. Umieram.

Resztę snu załatwiłam w ciągu dnia (dobrze, że miałam wolne!), kiedy koty też śpią.

Mój zdradziecki wyjazd na całe półtora dnia można uznać za wybaczony.

Related Images:

Facebooktwitter

Straszliwy transporter

Zła pani, zła. Dręczy swoje koty. Tym razem padło na puchate panienki, które zostały zmuszone do udania się do weta na badanie kontrolne i pobranie krwi.

A trzeba powiedzieć, że TaiChi jak ognia boi się transporterka i podróży. Nie wiem dlaczego, bo nie była chorowitym kotem i nie jeździliśmy do weta na nie wiadomo ile zabiegów. Taka jakaś natura bojaźliwa.

Wyjęłam więc transporter wcześniej, wymościłam i zostawiłam na środku pokoju. Rusałki rzuciły się doń, jakby tam co najmniej masaże robili, po krótkiej walce wygrała Antenka i to ona ułożyła się w środku do drzemki. Kiedy przyszedł czas wychodzić, musiałam ją wyciągnąć siłą – tak się zaparła pazurami.

Najpierw złapałam TaiChi, wrzuciłam do transportera i poszłam łapać ChiNę. ChiNa też jakoś niechętnie podchodziła do całej tej zabawy. Ledwie otworzyłam drzwiczki i próbowałam ją wepchnąć do środka, TaiChi dołem przepłynęła jak płaska wstążka i pognała do sypialni. Ten kot nie ma kości, słowo daję. Składa się do dwóch wymiarów i nawet się przy tym nie wysila.

Czy muszę dodawać, że kiedy próbowałam ją złapać, ChiNa prysnęła w drugą stronę?

Tylko mojej nadludzkiej cierpliwości i zręczności zawdzięczam to, że udało mi się w końcu je upchnąć do środka. Podróż w obie strony i sama wizyta u weta minęły bez specjalnych katastrof.

Po powrocie do domu TaiChi wyprysnęła z transportera jak z procy, po czym udała się na emigrację wewnętrzną oraz najwyższą półkę drapaka.

Po jakiejś godzinie odwracam się i widzę to.

Nie ogarniam tego kota.

Related Images:

Facebooktwitter

Królowa na włościach

Królowa wróciła w domowe pielesze.

W oznaczonym dniu stawiłam się z transporterkiem, wydłubałam kotę z boksu i zapakowałam do samochodu. Pierwszą połowę drogi siedziała sfochana i darła na mnie mordę. Co tylko na nią spojrzę, ta: Miauuu! Jadąc w tamtą stronę się nie darła – ku mojemu zdziwieniu zresztą. Zaczęło we mnie kiełkować podejrzenie, że może nie chodzi o niewygody podroży, tylko ona się złości, że ją zabrałam z fajnego miejsca, gdzie się integrowała z obcymi kotami?

Hm.

Na szczęście w końcu się zamknęła i resztę drogi odbyłyśmy w ugodowym milczeniu.

Obawiałam się, że po jej powrocie będzie miał miejsce drobny sajgon związany z tym, że kota pachnie obco.

PaiLu wypuszczona z transporterka natychmiast ruszyła na obchód włości. Słowo daję: zbadała każdy zakamarek. Za nią, jak ogon komety podążały pozostałe koty, przy czym pierwszy trzymał praktycznie nos w jej tyłku, więc widok to był zgoła niebanalny. Żadnego warczenia, syczenia czy innych objawów niepokoju – z żadnej ze stron.

Zadowolona z wyników inspekcji PaiLu udała się na najwyższą szafę, gdzie spędziła kolejne trzy dni, śpiąc niemal bez przerwy. Jakby kota nadal nie było. Po trzech dniach zlazła i życie wróciło do normy. Kto miał zostać wylizany – został wylizany. Kto miał dostać bęcki – dostał bęcki. A mnie podrapała przy obcinaniu pazurów. I tak się zakończyła ta cała historia.

space1Haha, oczywiście, że to nie koniec. Ale efekty znane będą dopiero za trzy tygodnie. Stay tuned!

Related Images:

Facebooktwitter

Kota nie ma, myszy harcują

Dobre wieści – co najmniej kilka osób się ucieszy! Pod warunkiem, że teraz mocno a skutecznie będziecie trzymać kciuki.

Dlaczego? PaiLu pojechała na randkę z bardzo przystojnym kocurem.


Nie obyło się bez scen dramatycznych, bo zamknięta w boksie z kocurem, PaiLu zdenerwowała się nieziemsko, schowała w kącie i tylko głośno warczała i syczała. Biedny kocur – dwa razy większy od niej – siedział skulony w przeciwległym kącie i ani pisnął.

Oczywiście całą drogę powrotną do Warszawy spędziłam rozważając jak złym i bezwzględnym człowiekiem jestem, zostawiając tak kocinkę na pastwę losu w obcym, nieznanym miejscu. Na szczęście już wieczorem dostałam krzepiącą relację – PaiLu dogadała się z chłopakiem, siedzą w jednym kojcu i wylizują sobie nawzajem futro.

Tymczasem w domu błogi spokój. Królowej nie ma, to kotów nikt nie rozstawia po kątach. One zaś, nieprzyzwyczajone do takiej wolności, nie bardzo wiedzą co z tym fantem począć. Nawet VaiPer jakoś mniej prezentuje swoją dominację nad ogółem – widać nie ma komu udowadniać czegokolwiek. Niech się cieszą, póki trwa – za kilka dni Królowa wróci i zrobi porządek.

Related Images:

Facebooktwitter

Wytrzeszcz

Ogarnięta impulsem oraz lekko poszczuta na blipie przez usłużne koleżanki, które wyszperały ją na allegro, kupiłam sobie torbę. Z kotami. To zwykła płócienna torba, mieszcząca kilka notatników A4 albo niewielkie zakupy.

Z racji aparycji widniejących na nadruku futrzaków, szybko zyskała nazwę kodową „wytrzeszcz”. „Gdzie wytrzeszcz, bo muszę już wychodzić”. „Oddawajcie wytrzeszcza, złodziejki futrzate!” itp.

Gdybyście się na nią natknęli i zapałali – doradzam od razu przymocowanie na nowo rączek. Producent nie przewidział, że niezabezpieczony w żaden sposób koniec taśmy prędzej czy później się postrzępi i po prostu „wyjdzie” ze szwów. Raczej nawet prędzej, rzekłabym. Ja swoją po prostu rozprułam, stopiłam końcówki taśm nad zapalniczką, założyłam i dopiero przeszyłam – od tej pory trzyma bez problemów.

Torba musiała oczywiście przejść drobiazgową kontrolę i wielofazowe testy przydatności. Dopiero wtedy koty ją zaaprobowały i przekazały do użytkowania.

Related Images:

Facebooktwitter

Śledztwo

Pisałam już o tym na facebooku, ale historia jest przednia, więc tu opiszę trochę szerzej.

Kolejny cudny poranek. Budzi mnie intensywność wlepionych we mnie kocich spojrzeń, wstaję i udaję się „na pokoje”. Idę i szeleszczę. Ki czort? Otwieram więc w końcu oczy, spoglądam i – cholera! Worek na zwłoki!

(Ostatnio obejrzałam kilka odcinków CSI: Las Vegas, w którym to serialu trup się ściele gęsto i nieraz pakowany jest w worki rozmaite. No i wybór rozrywek się zemścił takim a nie innym skojarzeniem.)

Ogarnęłam się w sobie, odetchnęłam głębiej – jaki worek na zwłoki, to worki na śmieci przecież. Rozwinięte z rolki i rozciągnięte przez cały pokój. Wokół tego opleciona jeszcze seledynowa girlanda z czegoś, co po bliższej inspekcji zidentyfikowałam jako woreczki śniadaniowe, które zagubiły się jakiś czas temu. Takie w rolce, jak torebki jednorazowe w hipermarketach.

Całość elegancko sperforowana.

Zarekwirowałam, zwinęłam, schowałam na półkę. Na miejscu zbrodni znalazłam białego wibrysa. CSI: Warszawa natychmiast ustaliło, że w pobliżu przebywają trzy koty z białymi wibrysami. Podejrzani zostali przepytani na okoliczność, zbadano tez odciski zębów.

Wyniki nie były do końca rozstrzygające, ale nie łudźmy się – właściciel białego wibrysa nie jest trudny do wskazania.

Nie minęły trzy minuty, kiedy worki na śmieci zostały znowu wywleczone z półki. Tak, złoczyńca zawsze wraca na miejsce zbrodni. Worki ponownie zostały zarekwirowane, FaaTum udzielono nagany wzrokowej i w domu wreszcie zapanował porządek.

*

Tydzień później.

To nie jest ta sama rolka worków na śmieci. Tamta leży w zamkniętej szafce. Tę odruchowo położyliśmy tam gdzie zwykle.

Related Images:

Facebooktwitter