Archiwum kategorii ‘Kot jaki jest…’

Poranki

Pochmurny poranek. Idę zrobić sobie herbatę. Wlewam wodę do dzbanka z filtrem. Muszę to robić kubeczkiem, bo wieczorem nikomu nie chciało się pozmywać i duży dzbanek nie mieści się pod kranem.

Pod prawą pachą mam VaiPera, którego fascynuje woda z kranu. Sięgam kubkiem nad jego grzbietem, bo łobuz przesunąć się nie chce. Pod lewą pachą mam TaiChi, którą z kolei fascynuje ciurkanie wody przez filtr. Stoi z mordką wciśniętą w otwór, przez który nalewam. No, moja panno, ciebie muszę odsunąć – chyba, że chcesz mieć kubek wody na głowie.

20090303_061.jpg

Miziam się o puchate futerka i jest mi dobrze.
Czasami się zastanawiam, co sobie o nas myślą sąsiedzi, jeśli zaglądają nam w okna. Z tymi kotami łażącymi wokół i wpychającymi się pod ręce… no, co tu kryć – 80% gospodyń domowych tego nie poleca. ;)

Dlaczego kot rosyjski niebieski jest niebieski?

Dlaczego kot rosyjski niebieski jest niebieski, skoro jest szary?

Nawet gdzieś czytałam o kimś, kto nie mógł zapamiętać nazwy rasy i uporczywie mu wychodziło „ruski szary” (sweet!)

No więc gdzie jest to niebieskie, skoro sierść ma szarą a oczy zielone? Otóż jest pod tą sierścią. Rosyjskie niebieskie mają po prostu niebieską skórę. Jak się rozgarnie futro (co też jest dużym wyczynem, bo zdrowy kot ma je tak gęste, że ciężko się dogrzebać) to widać całkiem niebieskie, bez żadnej przenośni, jak w zestawie farbek.

A jak się to niebieskie skomponuje z naczyniami krwionośnymi, to wychodzi fioletowe. Ale że rasa jest z wyglądu arystokratyczna, to powiedzieć, że fioletowe, jest faux pas – mówi się: lawendowe. (Lawendowy wygląda tak). I to lawendowe najlepiej widać we wnętrzach uszu oraz na poduszeczkach łapek.

20090615_1340.jpg

20090615_1339.jpg 20090615_1336.jpg

Koty balkonowe

Pogoda się zrobiła iście letnia i koty całe dnie spędzają na balkonie. To był jednak świetny pomysł, żeby go im udostępnić. Całe ranki siedzą na drapaku, a kiedy słońce zaczyna mocno przygrzewać i robi im się za gorąco, schodzą w niższe zacienione rejony i tam sobie odpoczywają.

Zawsze myślałam, że kot ma opcję wylegiwania się na słońcu „w standardzie”, ale wygląda na to, ze nasze koty tej rozrywki zażywają w ilościach umiarkowanych. Może nie mają aż takiego zapotrzebowania na witaminę D? Koty – podobnie jak ludzie produkują ją sobie pod wpływem słońca. U nas odbywa się to po prostu przez ekspozycję, podczas, gdy koty muszą do tego wykonać pewną pracę. Kot najpierw dokładnie wylizuje futro, zostawiając na nim swoją ślinę. Pod wpływem słońca na sierści powstaje magicznie witamina D, którą należy następnie z futra zlizać i wprowadzić do organizmu.

Faktycznie, myją się dzielnie przycupnięte na drapaku, ale widać co za dużo to niezdrowo – co jakiś czas idą się schłodzić.

Drapak stał się też poręcznym schodkiem prowadzącym na górę kratki na rośliny pnące (których już nie ma). Na szczęście zadowalają się balansowaniem na krawędzi i po chwili złażą na dół. Widać im tam za ciasno, a siatka przeszkadza się odwrócić.

20090420_040.jpg

Z kolei VaiPer został kotem doniczkowym. Po wyeksmitowaniu z największej donicy pierisów japońskich, które – jak wyczytałam – są dla kotów toksyczne, miałam zamiar posadzić w niej trawkę i oddać kotom we władanie. Los chciał jednak inaczej – kocurek tak ja pokochał, że leży w niej do późnego wieczora i trzeba na siłę go wyciągać, żeby zabrać go na noc do domu. Podścieliłam mu kawałek kocyka, żeby miał miękko – i niech sobie leży!

20090420_054.jpg

Szkoda mi było wyrzucać pozostałe doniczki, więc to w nich zasiałam trawę. Zrobiłam też prowizoryczną szklarnię, żeby ładnie zakiełkowała. Koty uznały to za jeszcze jedną płaszczyznę do uwalania się. Trawce to nie szkodzi, wykiełkowała ładnie. Może taką doniczkową będą chciały skubać, bo wysianą w pudełeczku omijają szerokim łukiem.

20090420_047.jpg

Więcej zdjęć w galerii

20090420_050.jpg

Zaklinaczka kotów

Obśmiewałam trochę ostatnio psopawłowość kotów we wpisie Kot to też pies. Pies Pawłowa, a tu pojawił się kolejny fakt, potwierdzający teorię.

PaiLu od jakiegoś czasu przyjmuje kropelki kilka razy dziennie. Ponieważ wmuszenie w nią czegokolwiek choćby z daleka przypominającego lekarstwo to droga przez mękę, podawałam je razem z pastą witaminową. Nakładałam porcyjkę pasty na palec, tworzyłam paznokciem zagłębienie i wkraplałam tam co trzeba. W takiej kombinacji zgadzała się przyjąć specyfik. Wadą tego rozwiązania było to, że pozostałe koty natychmiast zwęszały manipulacje i leciały po swoje porcje. Trochę to wszystko było upierdliwe, więc szukałam lepszego rozwiązania. Próbowałam podawać jej po prostu na palcu i czasami dawała się nawet skusić. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie rośnie mi mały alkoholik, bo kropelki są na brandy. Dobre jednak wkrótce się skończyło i PaiLu zaczęła odmawiać lizania palców.

Postanowiłam więc przyjąć rozwiązanie siłowe. Kot został ulokowany przede mną, tyłem do mnie – to po to, żeby nie uciekła, bo przy wszelkich manipulacjach włącza wsteczny i wypełza tyłem z opresji. Wzięłam ją od dołu za boki pyszczka i skłoniłam do jego otwarcia. Wkroplenie lekarstwa to już był moment. Kicia najpierw się nieco obraziła, ale szybko jej przeszło.

Po kilkunastu razach na hasło „czas na kropelki” sama wskakuje na blat w kuchni. Obejmuję ją, bo wyłazi na wstecznym cały czas, ale już nie muszę forsować otwarcia paszczy. Miziam ją po bródce i mówię „am”, a kicia natychmiast otwiera pyszczek i zaczyna się energicznie oblizywać. Nawet zanim jeszcze podam kropelki. Jedyna trudność w tej chwili to trafić na moment, kiedy ten pyszczek otwiera między jednym liźnięciem a drugim.

Co Wy na to? Niezła sztuczka, prawda?

20090209_263.jpg

Kot jaki jest – nawet najmniejszy jest arcydziełem

Nawet najmniejszy kotek to żywe arcydzieło pisał Leonardo da Vinci i nie sposób się z tym nie zgodzić.

20080416_148.jpg

Kot, co nie jest zaskoczeniem, ma w sobie szkielet (brrrr! jak byłam mała, nie lubiłam myśli, że też mam w sobie szkielet). A w tym szkielecie ma więcej kości niż człowiek!

Dorosły człowiek ma około 206 kości (około, bo można np. mieć „trzynaste żebro”, a u osób starszych kości czaszki się zrastają i liczba spada). Tymczasem taki mały kotek ma ich aż 240!

Jednak w tym zestawie nie odnajdziemy ani kości krzyżowej, ani obojczyka (jest tylko bardzo zredukowany fragment tkanki obojczykowej, tkwiący głęboko w mięśniu piersiowym). Dzięki temu kot jest tak nieprawdopodobnie giętki i tak sprytnie prześlizguje się przez wszelkie, nawet najmniejsze, otwory.

Jednak fakt, że ta mała kosteczka obojczyka nie wzmacnia szkieletu ma też niekorzystny aspekt. Jeżeli podniesiemy kota za przednie łapy, wisi on całym swoim ciałem na mięśniach i ścięgnach. Jeśli jest bardzo ciężki albo się broni, może się to zakończyć kontuzją, której efektem będzie długo utrzymująca się kulawizna.

20080520_021.jpg

Ps. Paweł przygotował kilka tapet na komórkę z kotami i nie tylko (baner po prawej) – zapraszamy!

Historie kuwetowe

Dzisiejszy wpis będzie długi, nieinteresujący i bardzo życiowy. Pisany jest ku przestrodze lub ku pokrzepieniu serc – zależnie od punktu siedzenia.

Otóż kuweta, urządzenie nieskomplikowane w obsłudze, może być źródłem wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Koty mają swoje zdecydowane preferencje kuwetowe. Są takie, które kuwetkowanie uważają za czynność intymną i tym należy znaleźć ciche, ustronne i bezpieczne miejsce na kuwetę. Inne z kolei nie mają najmniejszego z tym problemu i są w stanie kucnąć w każdych warunkach. Jedne koty lubią kuwety zamknięte, inne za skarby świata do takich nie wejdą.  Z kolei koty uwielbiające kopanie mają zwyczaj wyrzucać żwirek z kuwety, wtedy zamknięta toaleta sprawdza się doskonale, a jeśli nie ma takiej możliwości – warto zaopatrzyć się w kuwetę z wysokimi ścianami oraz ramką. Często też zdarza się, że kot siusia do jednej kuwety, a kupkę robi do innej. Problemy z kuwetą na ogół są pierwszym symptomem, że dzieje się coś złego – ale o tym innym razem.

Spotkałam się z poglądem, że  w domu powinno być tyle kuwet, ile kotów, plus jeszcze jedna. Rzeczywiście, koty, które nie załatwią się do już użytej kuwety, mogą tego wymagać. Nasze na szczęście od najmłodszego były przyzwyczajane do tego, że kuweta jest dobrem wspólnym i nie mają aż takich wymagań, co dla nas jest błogosławieństwem, bo nie mamy aż tyle miejsca w domu.

20090210_013.jpg

Każdy z naszych kotów ma inne potrzeby i inne zachowania kuwetowe. VaiPer uwielbia grzebać i kopać, często mrucząc, piszcząc i śpiewając przy tym. Grzebie przed, robi dołki, po czym i tak załatwia się obok. TaiChi z kolei lubi mieć przed sobą przestrzeń. Kuca więc przy samej krawędzi kuwety, mając cały piasek przed sobą. Ponieważ jest już kotem dużym, to w otwartej kuwecie zdarzało się, że co prawda kot był wewnątrz, ale tyłek na zewnątrz… Zrezygnowaliśmy z otwartej kuwety. PaiLu zaś lubi mieć w kuwecie czysto, choć bez fanatyzmu. Oczywiście korzysta w miarę potrzeb, ale po sprzątaniu (a często jeszcze w trakcie) wchodzi pierwsza, żeby się nacieszyć czystym piaskiem. Ona też najdokładniej sprząta po sobie.

Na marginesie: podobno im niżej kot w hierarchii stada, tym dokładniej zakopuje swoje odchody. Chodzi o to, by jak najskuteczniej zamaskować zapach i nie drażnić stojących wyżej. Osobnik dominujący nie ma takiej potrzeby, wręcz przeciwnie – chętnie zostawia swój zapach. Znam kilka przypadków potwierdzających tę regułę (na ogół kocur kastrat chodzi sprzątać po mieszkającej z nim dominującej kotce), choć u nas akurat sprawdza się połowicznie. Owszem, ostatnia w stadzie PaiLu zakopuje starannie, ale największą niefrasobliwość wykazuje TaiChi, która jest w środku skali. Dominujący VaiPer również ładnie po sobie sprząta, ale może jest to kwestia tego, że jest kotem kopiącym.

Od początku używaliśmy żwirku drewnianego, który jest niezwykle wygodny, ponieważ można go wrzucać do sedesu. Odpada więc cały kontredans z torebkami i wędrowaniem z nieciekawym pakunkiem po mieszkaniu do kosza na śmieci. Koty żwirek polubiły, niestety strasznie nosił się po mieszkaniu. Dywanik przed kuwetą pomagał, ale też w ograniczonym stopniu, codziennie trzeba było zamiatać. Zmieniliśmy więc żwirek na inny typ, zbity w większe i twardsze pałeczki, który koty też zaakceptowały, choć bez większego zachwytu, bo trudniej się w nim grzebie.

20090210_017.jpg

Jednocześnie używaliśmy drugiej kuwety, otwartej, ze żwirkiem silikonowym. PaiLu i VaiPer do niej siusiały, na kupkę chodziły do zamkniętej toalety z drewnianym, zaś TaiChi, nieczuła na takie subtelności, nie robiła różnicy między kuwetami. Niestety maine coony rosły i w zamkniętej przestały się mieścić (TaiChi przestała sie tez mieścić w otwartej, o czym wspomniałam). Kupiliśmy więc im piękną wielką (największą chyba na rynku) kuwetę, z której nie mają szans wyrosnąć. Wejście do niej jest bardzo wysoko, toteż uznaliśmy, że PaiLu nie będzie chciała z niej korzystać i w ten sposób będzie miała starą kuwetę tylko dla siebie. A ponieważ jednocześnie obraziła się na wszystkie żwirki, musieliśmy zastosować wariant awaryjny z jakimś żwirkiem bentonitowym, którego próbkę dostaliśmy na wystawie. Kicia łaskawie zgodziła się skorzystać z niego, wobec tego w te pędy polecieliśmy kupić cały worek. Nawiasem mówiąc, w pośpiechu kupiliśmy inny, z drobinkami silikonu oraz pudrowym zapachem, ale też został zaakceptowany. I co się okazało? Wszystkie koty rzuciły się na ten żwirek, porzucając drewniany oraz dużą kuwetę. Nie poddawaliśmy się tak łatwo – zmieniłam im drewniany na inny, drobniutki, z drzewa pinii. Nie raczyły w nim nawet łapy postawić, mimo, że do małej kuwety ledwie włażą. Nie zostało nam nic innego, jak kupić więcej bentonitowego. Prawa Murphy’ego jednak są bezlitosne i „naszego” chwilowo nie było, kupiliśmy więc jakiś popularny żwirek bez zapachu i bez wyświrów. Okazało się, że jest beznadziejny, pyli się, jest wyjątkowo okropny z wyglądu i nie znoszę go. Koty natomiast pokochały go wielką miłością. Wszystkie trzy.

VaiPer grzebie tak, że mimo wysoko umieszczonej krawędzi wejścia oraz klapki, żwirek wylatuje na zewnątrz całymi garściami. PaiLu dokonuje wyczynów ekwilibrystycznych, żeby wskoczyć do środka i nie zabić się klapką. Mała kuweta stoi nieużywana od tygodnia.

My zaś zostaliśmy z połową worka grubego żwirku drewnianego, całym workiem drobnego, prawie całym workiem silikonu oraz kolejnym: bentonitu z silikonem, które piętrzą się w jedynym wolnym kącie łazienki, za sedesem. A podobno kotom nie powinno się zmieniać rodzaju żwirku zbyt często! Mhm, spróbowałabym nie zmienić, to szybko by mi chyba wytłumaczyły, że to głupi pomysł.

Na pocieszenie kupiliśmy fajny koszt na śmieci, taki mały, szczelny, o pojemności 3l z przeznaczeniem na koci urobek. Dzięki temu można całość wyrzucać raz na dwa dni, a nie osiem razy dziennie. Skoro nie da się tego wrzucać do sedesu, to chociaż tyle niech będzie tych ułatwień.

2009_02_10_001.jpg

Nie wiem, czy z tej historii wynika jakiś morał. Pewnie kilka, w tym chyba żadnego normalnego. Że koty są wredne, złośliwe,  wymagające i nie wiedzą, czego chcą. Albo że człowieka zadręczą. Albo że nie należy się poddawać, problemy z kotami dają się rozwiązywać. O, to jest dobre, przy tym pozostańmy.

Zapraszam do przeczytania wpisów na podobny temat:  Kot załatwia się poza kuwetą; Jak złapać mocz kota do badania?

Kot jaki jest… Koty lubią spać na okrągło

20090128_199.jpg

Natomiast Waszej domyślności pozostawiam, gdzie tutaj kot się zaczyna, a gdzie kończy…

20090128_187.jpg

Kot jaki jest… czas koncentracji poniżej 2 sekund

Uwielbiam kiedy kot usiądzie w jakiejś nieprawdopodobnej pozycji, wyciągnie do góry łapę i… zapomni, co chciał zrobić. I albo tak siedzi i intensywnie myśli, albo próbuje zrobić coś zupełnie innego, nadal siedząc w tej pozycji.

Właśnie oglądamy, jak VaiPerek wylizuje TaiChi. Nad ich głowami rytmicznie porusza się wyciągnięta w górę zadnia łapa VaiPerka.

Tę cenną właściwosć należy wykorzystywać nie tylko jako źródło niewinnej rozrywki, ale też do odciągania uwagi kota, kiedy broi. Zamiast krzyczeć i wściekać się (czego w ogóle nie należy robić, bo kot i tak ma w d…, najwyżej moze strzelić focha, a pozytywnego efektu się nie osiągnie i tak), należy sprytnie rzucić myszkę, wydać z siebie dziwny odgłos lub zatańczyć krakowiaka z przytupem. Gwarantowane, ze kot zapomni, co chciał zrobić i zainteresuje się czym innym.

20081217_023.jpg

A teraz zapraszam do galerii – na jej końcu znalazło się kilka nowych zdjęć.

Kot jaki jest – wspinanie się

Koty uwielbiają się wspinać. W naszym domu nie ma firanek, ale za to jest wypaśny drapak po sam sufit, doskonały nie tylko do wspinania się, ale również do gonitw i wyścigów. Mamy też osobną garderobę, do której koty mają wstęp. PaiLu, jako skoczek zawołany, włazi na najwyższe półki i z góry obserwuje wszystko z wyrazem lekkiego lekceważenia dla świata na pysku. TaiChi porusza się w dolnych rejonach – jest coraz większa i coraz dłuższa, więc skakanie przychodzi jej z coraz większym trudem. Z kolei VaiPer jest zwierzakiem ambitnym i walczy.

20081111_062.jpg

Mamy otóż w garderobie taki wolnostojący słupek z szufladami. Całość jest wykonana z siatki metalowej i jest ażurowa, ma ponad 2 m wysokości. Otóż VaiPerek, który zapewne byl wiewiórką w poprzednim wcieleniu, wspina się po szufladach – wygląda to jakby normalnie szedł w pionie do góry – i włazi do ostatniej szuflady. Na wierzch już nie da razy wleżć, bo nie ma się czego pazurami zaczepić. Tam na ogół siada PaiLu i się z niego naigrawa.

To bardzo ukochane miejsce VaiPerka na odpoczynek – cisza, spokój, półmrok. Jest tylko jeden problem – nie ma jak zejść. W związku z tym kiedy już mu się znudzi i chce wyjść, krzyczy do nas, żeby go zdjąć. I człowiek, chcąc nie chcąc, musi udać się do garderoby, rozłożyć drabinę, wejść na nią – kotek już wyciąga przednie łapki, żeby łatwiej go uchwycić – i zdjąć koteczka.

Wspominałam, że koty nas sobie nieźle wytresowały?

Tak sobie pomyśleliśmy, że będziemy zamykać garderobę wychodząc na dłużej. Już raz po powrocie trzeba było naprędce organizować misję ratunkową dla VaiPerka, który spędził na górze nie wiadomo jak długi czas.

Kot jaki jest – po śniadaniu

Kot po śniadaniu wpada w szał. Dzikie harce, biegi przełajowe, wskakiwanie na wszystko i zeskakiwanie od razu, podskoki przedziwne, zwijanie dywanów przy starcie, zrzucanie przedmiotów, które stoją na drodze, bieganie na oślep, wpadanie całym ciałem na meble i inne wyczyny, których słowo nie opowie, pióro nie opisze – to wszystko jest normalne.

.

A jak kotów jest trzy, to wszystkie szaleją naraz.