Mała sprytna bestia

Synek PaiLu szybko się odnalazł wśród pozostałych kotów. Niestety PaiLu nie podziela jego entuzjazmu. Niechętnie i podejrzliwie odnosi się do każdego kota, który zbliża się do małego, nawet VaiPerka zdarzyło się jej ofukać. A ponieważ matka broniąca swego dziecka budzi respekt w każdym, w rezultacie reszta kotów stara się schodzić jej z drogi jak umie.

Maluszek zaś wręcz przeciwnie – złakniony jest kontaktu, wobec tego one uciekają, on je goni, a matka się piekli. Pandemonium.

Szczególnie upodobał sobie FaJin. Wychodzę na balkon i co widzę? Mały zdybał FaJin w wiklinowym koszu, przyparł do ściany, władował się do środka, przytulił, rozmruczał i poszedł spać.

FaJin nie wiedziała jak zareagować. W końcu przytuliła małego, użyła go jako poduszki pod głowę i tak sobie razem leżeli. Matka oczywiście musiała kontrolować sytuację, toteż położyła się u wejścia do kosza i pilnowała. Potem też wlazła do środka i przytuliła się do pozostałej dwójki.

Mały spryciula. Po prostu wszedł jak do siebie, zarządził i proszę – idylla. Jako żywo przypomniały mi się lektury z dzieciństwa i przypowiastka o moim ukochanym bohaterze, Hodży Nasreddinie, który podstępem dostał się do haremu emira, wchodząc jak do siebie i mydląc oczy wszystkim. Tak więc kociak został Hodżą.

Hodża Kot Doskonały*PL

Related Images:

Facebooktwitter

Wyjście z szafy

Rany, jak mi się nie chce z domu wychodzić! Każde pół dnia to jakaś skokowa zmiana w życiu kociąt.

Tłukły się w tym pudle w szafie nieznośnie, to uznałam, że czas poluzować warunki. Wyciągnęłam pudło, wysłałam dno szafy kocykiem, a drzwi zastawiłam tekturą, która jest probierzem dojrzałości kociąt do wyjścia z szafy. Wyjścia z szafy z sensie dosłownym, nie w przenośni.

Przeszkoda została pokonana tego samego dnia. Wieczorem znalazłam kocięta śpiące na kupce za drapakiem. Na matkę już miejsca nie starczyło, ale najwyraźniej nie było to problemem. Następnego dnia przeprowadziły się do okrągłego legowiska, które jest ulubionym legowiskiem ich matki. Też się wszystkie nie mieściły, więc tak zwisały po bokach jak żołnierze ze śmigłowca. Kolejnego ranka znalazłam je na kupce za łóżkiem, koło regału z segregatorami. Wczoraj zajęły mi poduszkę i musiałam spać na płasko.

Tymczasem Pscółek PaiLutka pokonał ścianki łóżka, w którym mieszkał. Szykowałam się właśnie do wyjścia do pracy, kiedy przydreptał do mojej stopy. Pełna nadziei, że to przypadek, włożyłam go z powrotem. Po chwili wrócił. Trudno, naprędce zbudowałam mu schodek, udostępniłam wyjście i pobiegłam do pracy. Wracając byłam gotowa na najgorsze, ale – odpukać – wszystko było w porządku. Maluszek przeprowadził się z matką do transporterka po drugiej stronie pokoju i od tej pory tam mieszkają.

A VaiPerek nieustająco kocha małe kocurki. Zaprzyjaźnił się z kocurkiem z zieloną opaską. Sama słodycz!

Related Images:

Facebooktwitter

Szafa pełna kociąt

Zaniedbałam strasznie bloga, biję się w piersi. Pechowo dosyć się złożyło, że kiedy mam kocięta, na które czekałam tyle czasu, to praca nagle się znalazła w dużych ilościach i możliwie jak najdalej od domu. 300 km minimum, a najlepiej to jeszcze więcej. A jak już docierałam do domu, to wolałam siedzieć z maluchami, niż przed komputerem.

A kocięta w tym czasie zmieniły się nie do poznania (bezmyślne palce wystukały: do Poznania). Przede wszystkim są już samobieżne. Kocięta Antenki opanowały całą szafę, a wieczorami tak się tłukły, że łomot nie dawał zasnąć. Za każdym razem, kiedy do nich zaglądałam, podbiegały piszcząc i próbowały wspiąć się do mnie. I te niebieskie guziczki oczek – zachwyt!

Wyciągałam je na łózko, żeby się powoli zaczęły oswajać z większą ilością światła i przestrzeni (i zrobić im zdjęcia przy okazji), co doprowadzało Antenkę na skraj rozpaczy – bo się dzieci rozłażą! Próbowała je zagarniać, a że noszenie tak dużych kociąt przekracza jej umiejętności, to ograniczała się do biegania w kółko i miauczenia na dzieci. Które oczywiście zupełnie ją ignorowały i rozbiegały się we wszystkich kierunkach naraz. Życie.

PaiLu mieszka ze swoim maluszkiem w łazience. Smuci mnie to, wolałabym, żeby wychowywał się z kuzynami. Towarzystwo innych kociąt o wiele szybciej stymuluje rozwój i doskonalenie umiejętności. Ale co poradzić – Antenka i PaiLu bronią swoich kociąt przed sobą nawzajem. Prewencyjnie.

Jaka matka, taka córka – obie uznają, ze najlepszą formą obrony jest atak. Pod tym względem rusałki bywają okropne w hodowli, jak mało która inna rasa.

Jeszcze chwila, niech kocięta uniezależnią się od mleka matki i dziewczyny nie będą miały nic do powiedzenia, kocięta same to załatwią między sobą :)

Related Images:

Facebooktwitter

Jeszcze jeden kawałeczek niebieskiego szczęścia

Dziewczyny najprawdopodobniej postanowiły dostarczyć mi odrobiny ekscytacji w mym szarym i uporządkowanym życiu (hue, hue, hue) i obie urodziły 2 dni po książkowym terminie. A ponieważ trwałam w pogotowiu bojowym już dzień przed pierwszym terminem, to w rezultacie od piątku do środy nie spałam.

Nie, nie zupełnie, to oczywiście byłoby niemożliwe, bo na tym etapie już pewnie miałabym halucynacje. Przez weekend i poniedziałek pomagał mi Zill, który obejmował pierwszą wachtę, a jak już padał na nos – budził mnie i resztę nocy czuwałam ja. Jak człowiek pracuje na etacie, to sen mu się dosyć przydaje, więc na wtorkową noc został zwolniony z obowiązku i zostałam sama. Skończyło się tym, że spałam na podłodze w pokoju (w sypialni została zamknięta Antenka z dziećmi), nastawiając sobie budzik co godzinę, żeby kontrolować sytuację.

Ponieważ posuwałam się do dosyć ekstremalnych posunięć, jak widać, PaiLutek postanowiła mnie ucieszyć i urodziła… wczesnym popołudniem w środę. Dopiero. Ani chwili wcześniej, dopiero gdy zadzwoniłam do naszej Pani Wet umówić się na usg, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Aaaahhrrrr.

Jak zwykle znalazłam ją przypadkiem w przytulnym miejscu, prącą cichutko. Szybciutko przetransportowałyśmy się do łazienki i już wkrótce na świat przyszedł śliczny synek PaiLutka. I na tym się skończyła akcja. Ponieważ maluszek miał całą mamę dla siebie, to sobie wyrósł do 113 gramów. Duży i tłuściutki. :)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Marudu, marudu: Rozumiem, że tym razem Matka Natura poszła w jakość, nie w ilość. Jeśli mogłabym mieć prośbę, to jednak poprzestałabym na takich 90-gramowych. Moje dziewczyny są drobnej budowy i jak widzę jak się męczą wydając na świat takie wielkokoty, to chyba jednak czułabym się całkowicie usatysfakcjonowana nieco mniejszymi.

Related Images:

Facebooktwitter

Nie denerwuje się, nie denerwuję się…

Denerwuję się. I martwię. Na zapas.

Zostało jeszcze tylko kilka dni do narodzin malutkich rusałek, a ja jestem w pracy 200 km od domu. I mimo, że wrócę kilka dni przed wyznaczonym terminem porodu, w myślach cały czas proszę Antenkę, żeby poczekała do mojego powrotu.

Antenka z każdym dniem jest bardziej fokowata. Brzuszek ma wydatny i chociaż porusza się bardzo sprawnie, to jednak ciężary po bokach sprawiają, że kołysze się przy każdym kroku. Trochę martwi mnie PaiLu. Jej brzuszek jest malutki i gdyby nie inne oznaki, można by pomyśleć, że trochę utyła po prostu, nic więcej. Czasami porody małych miotów bywają ciężkie, i chociaż wiem, że PaiLutek rodzi bez problemów, to jednak w głębi duszy się martwię.

Niech one już urodzą, bo wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Mieszkam w Ankh-Morpork

Kiedy tylko coś się działo, mieszkańcy Ankh-Morpork chcieli brać w tym udział.
Terry Pratchett „Piekło pocztowe”

Moje koty są mieszkańcami Ankh-Morpork. Oczywistą rzeczą jest, że asystują przy wszystkim, co się dzieje. Czy przestawiam coś w mieszkaniu, czy szukam czegoś w szafkach, czy zmywam, czy sprzątam, czy – a może przede wszystkim – robię coś jadalnego w kuchni – koty muszą wiedzieć dokładnie co robię. Zaglądająca przez ramię, zza pleców, z góry oraz z boku asysta to stały element życia. Z wpychaniem całego kota pod ręce włącznie. Da się przyzwyczaić.

Gorzej jest, kiedy dwa koty się pobiją. Natychmiast zbiega się tłum chętnych do udziału, a celują w tym rusałki. Towarzyskie są, no. Już po 10 sekundach dwuosobowe POOM!* przeradza się w zbiorową bójkę rodem z portowej speluny, gdzie biją się wszyscy ze wszystkimi.

Czasami ten ich pęd do współudziału przynosi praktyczne efekty. Wystarczy zaobserwować kiedy któreś z nich wzmoże czujność, a następnie udać się w kierunku, który wskazuje nos.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Można wtedy na przykład przyłapać Antenkę, pracowicie wyrzucającą zawartość przygotowanej do prania pralki.

*

Ps. Dla tych, którym POOM! nic nie mówi, mała podpowiedź. Wersja francuskojęzyczna jest zdecydowanie lepsza od anglojęzycznej.

Related Images:

Facebooktwitter

Wiosno, napieraj!

No ja już nie mogę z tą zimą.

Koty też świrują, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Co ranek gromko domagają się wyjścia na balkon, a kiedy im otworzę, okazuje się, że nie tego oczekiwały. Wybiegają na zewnątrz radośnie, potem jest kilka coraz wolniejszych kroków, zwrot na zadniej łapie i powrót z niesmakiem do domu.

Nie dziwię się, też co ranek oczekuję czegoś innego.

Co jakiś czas nabierają nadziei, rozglądają się, szperają po kątach – wiosno, gdzie jesteś? A tu albo śnieg, albo woda. A czasami i jedno, i drugie naraz. Lipa, panie.

Related Images:

Facebooktwitter

DIY – legowisko z rogami

Moje legowisko dla kotów, pokazywane na facebooku, wzbudziło zainteresowanie i wiele pytań, więc odpowiem hurtem.

Jak wykonać takie legowisko? Nic prostszego.
Potrzebujesz kawałka materiału, wypełnienia do poduszek (można nabyć w sklepie z tkaninami za grosze) i trochę czasu. Materiał najlepiej wybrać taki, którego koty nie zniszczą pazurami – misiek (jak u mnie), polar, sztruks, gruba bawełna.

Materiał powinien mieć wymiar o około 15 cm większy z każdej strony niż wielkość planowanego legowiska – to są te części zawinięte do góry.

Wypełnienie do poduszek przytnij do wymiaru odrobinę mniejszego niż materiał – musi się zmieścić w środku po zszyciu. Możesz dać kilka warstw, żeby było grubsze. Ja dałam dwie, bo nie zależało mi na tym, żeby było bardzo grube i sfastrygowałam je razem, żeby się nie przesuwały. Następnie przytnij kawałek wypełnienia do rozmiaru wnętrza legowiska, tej części płaskiej. Ja tu również dałam dwie warstwy, ale spokojnie można dać więcej. Przyfastryguj do wypełnienia całego legowiska na środku – tak aby powstał duży prostokąt z mniejszym na środku.

Zszyj materiał, włóż wypełnienie do środka. Dzięki grubszemu wypełnieniu w środku legowiska, łatwiej jest zagiąć brzegi i ładniej się całość układa. Złap za rogi, złóż je razem i po prostu zszyj. Ja jestem leniwa, więc przewlokłam nitkę przez krawędzie i związałam ją na supeł. Trzyma.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jak widać moje legowisko ma środek polarowy. Nie dlatego, że taka jestem pracowita i estetycznie zakręcona, tylko po prostu nie miałam już wystarczającej ilości miśka, ale za to został mi ścinek polarka w idealnie pasującym kolorze i rozmiarze. Tu było trochę kombinowania z doszywaniem kawałków, zszywaniem polarka – spokojnie możesz to sobie darować, kotom wszystko jedno.

Dobrej zabawy z igłą i nitką :)

Related Images:

Facebooktwitter

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy kota… albo nie.

Temat zostawiania kotów w domu wywołał odzew, więc jeszcze trochę się uzewnętrznię.

Koty mają tę cenną zaletę, że da się je zostawić spokojnie na 2-3 dni (na przykład na weekend) same. Zwłaszcza, jeśli jest ich dwa albo trzy. Samotny kot zeświruje z nudów, ale jeśli ma towarzystwo, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Trzeba tylko pamiętać o zostawieniu więcej wody i więcej chrupków, żeby zwierzątka nam nie padły z głodu. Szczególnie woda jest istotna, ponieważ kot nie wielbłąd – pić musi. Inaczej mu nerki siadają, a kot bez funkcjonujących nerek żyć nie może.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Często pytają mnie ludzie, czy lepiej zostawić kota w domu i załatwić dochodzącą nianię, czy też zawieźć kota do opiekunów. Zdecydowanie zostawić w domu. Koty lubią rutynę i znane otoczenie, wywiezione w obce miejsce, nawet jeśli wcześniej tam były, będą podwójnie nieszczęśliwe – na cudzym terenie i porzucone przez ukochanego pana czy panią.

Jeżeli jest możliwość, warto umówić kogoś, żeby wpadł raz dziennie i skontrolował sytuację oraz wyczyścił kuwety. Ale znam koty, które we dwa lub we trzy spokojnie zostawały na weekendy (nawet tzw. długie weekendy) z wodą, chrupkami, dużą liczbą kuwet i całym domem dla siebie. Po powrocie ściany nadal stały, a liczebność stada się zgadzała, więc eksperyment można uznać za udany.

Można zabrać kota ze sobą, jeśli dobrze znosi podróże. Dopóki miałam trzy koty, jeździłam z nimi z wizytami do rodziców. PaiLu po 3 km paskudziła w transporterek, potem było wszystko ok. VaiPerek nawet lubił te wyjazdy, aż nagle, nie wiadomo czemu, zaczął się panicznie bać podróży. TaiChi przesypiała drogę, ale za to całą wizytę przesiadywała w kącie za łóżkiem. No to zaprzestaliśmy wspólnych wojaży, bo skórka była niewarta wyprawki.

Przy dłuższych wyjazdach stres dla właściciela jest większy, bo wtedy opieka jest konieczna. Sprawdziłam doświadczalnie obie opcje – z wywiezieniem kotów z domu i z dochodzącą nianią. Niania jednak działa lepiej. Koty wywiezione desperowały kiedy mnie nie było i strasznie się poobrażały, kiedy wróciłam. Powiadam Wam – naprawdę STRASZNIE się poobrażały, toteż wolę się na to nie narażać więcej.

Jeśli Twój kot nie jest pamiętliwą cholerą, to możesz zaryzykować. Przede wszystkim – nie popadać w skrajności i nie wyjeżdżanie na wakacje przez dziesięciolecia „bo koty”. Jeśli tylko mają opiekę, przeżyją. W końcu Ci przecież przebaczą.

W końcu. ;)

Related Images:

Facebooktwitter

Nieoczywiste objawy przywiązania

Pracę mam taką, że długo siedzę w domu przy komputerze, a potem wyjeżdżam na kilka dni i odpalam wszystko, co przez ten czas w domu przygotowałam. Zwykle umawiam kocią nianię, który rano i wieczorem ogarnia kuwety, napełnia miski i ogólnie upewnia się, że wszystko jest ok.

Koty spokojnie mogłyby posiedzieć same, ale wąskim gardłem – jeśli wolno mi tak powiedzieć – okazały się kuwety. Przy tej liczbie kotów nie ma takiej opcji, żeby ich nie wyczyścić przynajmniej raz dziennie, bo inaczej nie ma jak do nich wejść. Wcale bym się kotom nie dziwiła, gdyby odmówiły korzystania. Sama bym odmówiła.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Po tych 2 czy 3 dniach koty witają mnie raczej niezbyt wylewnie. Trochę demonstrują focha, trochę pozwalają się głaskać, ale ogólnie euforii nie ma.

Tym razem dostałam zlecenie dosyć nagle. Chcąc nie chcąc, musiałam wstać o 4 rano, przeteleportować się jakoś do Trójmiasta, tam spędzić pracowicie dzień i o 1 w nocy powrócić do stolicy. Początkowo umówiłam nianię, ale potem doszłam do wniosku, że damy sobie radę sami.

O świcie nakarmiłam koty i poszłam precz. Koty chyba poczuły się nieco zagubione, bo i pora dziwna, i nikt potem do nich nie przyszedł…

Kiedy wróciłam, euforii oczywiście nie było. Ale w misce było pełno chrupek, dom nie rozniesiony na strzępy, a w kuwetach ledwie trochę zabrudzone. Czuły, skubane, że jest inaczej i nie wiedziały co z tym fantem począć. Nie jadły, nie ganiały się. Chyba były smutne po prostu i cały dzień czekały.

Się wzruszyłam. Chlip.

Related Images:

Facebooktwitter