Niech ona już urodzi, bo nie wytrzymam nerwowo… Marudna kotka na chwilę przed rozwiązaniem – straszna rzecz.
Archiwum tagów: rozmnażanie kotów
O tym jak zakochałam się w narzeczonym mojej kotki
Zachorowałam.
Zachorowałam na kocura maine coon. Konkretnie – zachorowałam na Iksa.
Od wieków choruję na białego devon rexa. Od kilku lat – na sfinksa, abisyńczyka oraz rusałka kastracika (ach, takiego słodkiego, wielkiego, przytulastego rusałka). Od niedawna zachorowałam na Iksika.
Iksik jest najsłodszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam. Jest oczywiście wielki i puchaty, ma białe łapecki(!), sterczące wąsiska i najchętniej wlazłby Ci na kolana, na ręce, gdziekolwiek i śpiewał do ucha.
Wczoraj na randkę z Iksikiem pojechała ChiNa. Jak to w obcym miejscu, przestraszona Chinulka zamieniła się w malutki biały kłębuszek nastroszonego futra. (Słowo daję, jak one to robią? I ona, i jej matka potrafią zwinąć się w kłębuszek wielkości dwóch dłoni.) Weszłam razem z nią do kojca, kucnęłam, a ona ułożyła się na moich kolanach, uczepiła pazurami spodni i całą sobą przekazała „nie zejdę”.
Wpuszczony do środka Iksik przyszedł się przywitać, a kiedy powitalnym pomrukom i głaskom stało się zadość, zainteresował się dziewczynką. Zamruczał do niej, zaśpiewał, a potem starannie ją umył, aż malutka się trochę odprężyła i wystawiła głowę. Miałam taki #sweetnessattack, że nawet mi nie przeszkadzały zdrętwiałe do postaci kłód drewna nogi.
Nie nastawiam się na spektakularne efekty, bo ChiNa nie tylko kompletnie nie mogła załapać o co chodzi w randkowaniu – w końcu to pierwszy raz! – ale też dosyć skutecznie przeszkadzała Iksikowi. Biedaczek masował ją delikatnie, przymilał się i w ogóle, a ona jak ta sierota, nic, ściana. Zobaczymy, może jej jakoś wytłumaczy :)
Related Images:
Tak bywa…
Natura nie była dla nas łaskawa. Czasem tak bywa. Na małe mainecoonki będzie trzeba jeszcze poczekać.
TaiChi czuje się dobrze, chociaż jest trochę niezadowolona z tego, że została odizolowana od Sykotków. Skoro nie może bawić się z nimi, szuka innych rozrywek. Leży teraz na moich rękach, tak, że mogę poruszać tylko palcami i patrzy jak się męczę próbując uzyskać polskie litery.
Sykotki zaś rosną pięknie, co widać po zdjęciach z galerii – zapraszam do obejrzenia.
Related Images:
Gorączka sobotniego popołudnia
Zobaczcie jaki piękny bukiet dostała Serafinka i my w sobotę od jej nowych właścicieli! Taka orgia kolorów w środku zimy, czysty zachwyt! Kotom tez się podobał, co poznałam po tym, że go nie zjadły i nie zrzuciły ze stołu.
W sobotę kotki wypucowane i wypastowane czekały na odwiedziny przyszłych właścicieli. Czas płynął, mróz mroził a radosne oczekiwanie snuło się po kątach. Wtem! SalAdyn po raz pierwszy samodzielnie wyszedł z pudła.
Do kojca zwabił mnie płacz zdenerwowanej PaiLu. Włożyłam kocurka do pudła i oddaliłam się ku swoim zajęciom. Po chwili widzę po przeciwnej stronie pokoju SeraFinkę. Druga? Wątpliwości rozwiał widok PaiLu niosącej w kąt SharIfa. No ładnie, i co ja mam teraz zrobić? Ręce mi opadły.
Desperacko wrzuciłam kociaki do pudła, a pudło do czekającego łóżeczka dziecięcego. Zbudowałam też z ręczników i kawałków materiału namiot, w którym PaiLu była całkowicie schowana wraz z dziećmi. Zostało tylko liczyć na to, że nie zacznie przenosić maluchów, kiedy będą goście.
Ku mojej radości PaiLu znienacka pokochała miejscówkę i uspokoiła się na tyle, żeby pozwolić obcym ludziom brać kociaki na ręce. Kociaki jeszcze do popołudnia miały kwarantannę w pudle, potem zostały wyjęte i położone luzem na kocyku. Pierwszego dnia świat je straszył, ale już od niedzieli w nowym kojcu trwa nieustanna impreza.
Dzięki większej przestrzeni kociaki błyskawicznie opanowały sztukę poruszania się w z góry upatrzonym kierunku. Biegają, ganiają się, wspinają po siatce, huśtają i zaczepiają wszystkich wokół. PaiLu kładzie się z nimi również w części otwartej, a czasem przychodzą w odwiedziny inne koty i leżą razem. Sielanka.
Jedyny minus jest taki że tuż obok stoi komputer a ja, zamiast pracować, siedzę i się gapię. A jak tylko zajrzę do namiotu, SalAdyn woła: pi pi! i leci do mnie. No i jak tu nie wziąć kotka na ręce i nie wymiziać. A jak jednego, to pozostałe też. I godzina leci…
Related Images:
Więcej słodyczy
Wielbiciele maine coonów niech pamiętają i mają na uwadze, że za niecały miesiąc, w połowie lutego, w naszym domu pojawią się kolejne malutkie, bardzo puchate kulki – i dopiero będzie kompletny cute overload oraz sweetness attack!
Rodzicami będą: nasza dziewczynka TaiChi Ewjatar*PL oraz SC Iks Ewjatar*PL
Jeśli zawsze marzyłeś o przymilnym, puchatym przyjacielu o dobrym charakterze – przygotuj się na podjęcie poważnej decyzji. Dzieci TaiChi do tej pory kolory brały po ojcu, ale charakter po mamusi, więc gratka to nie lada!
Swoją drogą strasznie jestem ciekawa, jakie kolory wyjdą tym razem. Oby coś z białymi łapkami (fetysz białych łapek mi się rozwija)!
Related Images:
Pokój na pięterku
Twarde realia życiowe pognały mnie do pracy do Gdańska na kilka dni. Zamiast siedzieć nad kocim kojcem i emitować zachwyt nad cudami natury, musiałam udać się na wygnanie, aby zarobić na chrupki kocie powszednie.
Piątek, koło 20.00. Wjeżdżam właśnie na autostradę, kiedy dzwoni telefon. Kocia niania głosem rozedrganym z przerażenia:
– Słuchaj, właśnie wszedłem. Kociaków nie ma w pudle w łazience! I drzwi do garderoby są odsunięte, koty znowu zrobiły włam.
Mroczne „mwahahaha” wyrwało mi się z gardła.
– Idż do garderoby, weź drabinę i sprawdź czarne pudło po lewej stronie na najwyższej półce.
Są. Uff. Kociej niani powoli odpuszcza stan przedzawałowy.
– Upewnij się, że są bezpieczne, że same nie wypełzną i zostaw je tak. Jak wrócę to zobaczymy co dalej.
„Dalej” było pracowite, ale bezproduktywne. Zaproponowałam PaiLu specjalnie zakupione na ten cel dziecięce łóżeczko składane – nie. Oddzieliłam połowę łóżeczka kocem, żeby miała zamkniętą przestrzeń – nie. Dół szafy w sypialni, gdzie wychowywała oba poprzednie mioty – nie. Nic, tylko walić głową w mur. Dodatkowo w czasie, kiedy odsypiałam pracę, PaiLu kilkakrotnie okrążała mnie z maluchem w zębach w poszukiwaniu miejsca (wiem z relacji, bo spałam kamiennym snem).
Nie było wyjścia, trzeba było pozwolić na przeprowadzkę na pięterko, bo kota praktycznie dostała szału. Trochę jej się nie dziwię, gdyż FaJin bardzo źle zniosła kociaki i była najnormalniej w świecie agresywna. Kto by chciał karmić dzieciaki, kiedy stoi nad głową takie syczące monstrum z zębami. Uznałam głęboką słuszność poszukiwania spokojnego miejsca.
Coś jest w twierdzeniu, że każde następne dziecko wychowuje się bardziej bezstresowo. Dla matki bezstresowo, nie w znaczeniu „bezstresowego wychowania”.
Kto pamięta czasy pierwszego miotu PaiLu, czyli wrzesień-październik 2009, przypomina sobie zapewne, że pomysł wnoszenia kociaków na wysokość 2,4m przerażał mnie dosyć mocno. Do tego stopnia, że za pierwszym razem na zmianę pełniliśmy wartę na drabinie przez dwie doby, żeby mieć pewność, że nic się nie stanie. Potem kota łaskawie pozwoliła znieść się z pudłem na dół i zamieszkała przy łóżku.
Teraz, za trzecim razem, nakryłam wiszące ciuchy szmatą, żeby ich nie niszczyła pazurami podczas wspinaczki i… poszłam na imprezę.
Przygotowałam też kocie wygodne schody z półek i otwartych szuflad, żeby mogła swobodnie poruszać się z góry na dół. Wymagało to przearanżowania zawartości półek, aby w newralgicznych miejscach nie znajdowały się rzeczy, które można zniszczyć pazurami, żadnych delikatnych tkanin czy szczególnie ulubionych ciuchów. Efekt bardzo mi się spodobał.
Kota schody zignorowała.
Pokój na pięterku wygląda tak (to ciemne prostokątne po lewej na górze):
Schody są słabo widoczne, bo szuflady są wysunięte w kierunku obiektywu. Nie widać też, że pudło jest przyczepione do półki.
U góry jest tylko tyle miejsca, żeby zajrzeć jednym okiem, nawet łba wcisnąć się nie da, nie mówiąc o aparacie – więc zdjęć kociej rodziny z tego tygodnia nie ma. Tyle, że kota pozwoliła mi zrobić po jednym portrecie, żeby jakoś wystartować z galerią miotu 5.
Related Images:
Miot rusałek wylądował
Weekend minął w stanie podwyższonej gotowości. PaiLu na zmianę przejawiała niepokój, objawiający się nerwowym bieganiem po kątach w poszukiwaniu najlepszego miejsca, albo kompletny luz i zen. Mnie udzielał się tylko ten pierwszy stan.
W sobotę wieczorem opiłam się kawy z zamiarem czuwania przy kici, a ona krótko po północy… poszła spać! I przespała całą noc! Mnie niestety kawa trzymała aż do rana. Wobec tego w niedzielę w ciągu dnia próbowałam nadrabiać straty, położyłam się więc na godzinkę, żeby móc jakoś funkcjonować. PaiLu położyła się ze mną. Ledwie zasnęłam, kicia zerwała się, dała hasło do rozpoczęcia akcji i pognała… do łazienki!
(To ja pytam: po co było to stresowanie mnie tym włamywaniem się do garderoby i szukaniem innych, równie atrakcyjnych, miejsc na poród? Żebym się nie nudziła?)
Popołudnie spędziłyśmy więc zamknięte w łazience, a efektem tego posiedzenia są trzy śliczne, wielkie, silne i grube kociaki: jedna dziewczynka i dwóch chłopaków. I znów się sprawdziło, ze moje kotki oszukują: PaiLu oszukuje, że ma więcej kociaków, Antenka – że ma mniej. Nie ogarniam.
Related Images:
À propos trzymania kciuków
Trzymajcie też za mnie, bo – sądząc po moich snach – najwyraźniej przejęłam się nadmiernie.
Śniło mi się mianowicie, że 3 kotki urodziły mi naraz kocięta, a maine coonica urodziła 14(!) maluchów, w tym 4 niebieskie i one się od razu wymieszały z rusałkami i nie mogłam odróżnić. Kocięta od razu miały otwarte oczka, były samobieżne i rozłaziły mi się, a ja próbowałam je zagarniać do kojca. Zagarniałam jedne, to inne wyłaziły drugą stroną. Obudziłam się taka zmęczona, że musiałam się zdrzemnąć od razu, żeby odpocząć.
Jeśli PaiLu nie urodzi zaraz, to najprawdopodobniej oszaleję. :)
Related Images:
Ostatnie dni oczekiwania
TEN DZIEŃ zbliża się nieubłaganie. PaiLu jest gruba jak foka i tak samo nieruchawa przez większość czasu. Porusza się dostojnym krokiem, wskakuje na powierzchnie nie wyższe niż wysokość krzesła, ostrożnie zeskakuje. Jedna rzecz mnie zastanawia – tym razem dużo czasu spędza leżąc na plecach, z przednimi łapkami podkulonymi jak króliczek (awwww!) a poprzednio leżała przeważnie na boku. To może oznaczać, że tym razem będzie miała rzeczywiście więcej niż trójkę maluchów i na boku jest jej po prostu niewygodnie.
Nie zmieniło się natomiast nic w kwestii garderoby – nadal z uporem godnym lepszej sprawy próbuje dostać się na najwyższą półkę do pudła z ubraniami i akcesoriami do trekkingu. Niestety od czasu poprzedniego miotu zrobiłam w garderobie przemeblowanie i wejście na najwyższą półkę jest teraz utrudnione – zwykle udaje jej się wspiąć po wiszących ubraniach (żegnajcie niepozaciągane sukienki i żakiety!) na półkę drugą od góry i dalej ani rusz. Wtedy trzeba przyjść, wziąć drabinę i ostrożnie przetransportować kotka z fochem na podłogę.
Choć raz jej się udało – poznałam po wyrzuconych z pudła stuptutach, których metalowe klamry gryzły ją najwyraźniej w brzuszek.
Zrobiła się tez niesamowicie towarzyska, gadatliwa i miziasta. Kiedy nie śpi, łazi wokół mnie, opowiada niestworzone historie i każe się nieustająco głaskać. Pozwala też dotykać brzuszka i poczuć maluszki kotłujące się w środku, taka jest wspaniałomyślna!
Trzymajcie kciuki – to już w ten weekend!
Related Images:
Królowa przy nadziei
Wpisałam sobie w kalendarzu pod datą 25 listopada pozycję: sprawdzić PaiLu. To mniej więcej tyle dni po randce, żeby wystąpiły pierwsze objawy ciąży. Ha ha, łatwiej napisać niż zrobić.
PaiLu wcale nie miała zamiaru pokazać mi brzuszka. Co prawda wielokrotnie kładła się w rożnych miejscach na pleckach, przeciągając się bądź tylko odpoczywając, ale o dotykaniu nie mogło być mowy. Wystarczyło, żebym wyciągnęła rękę, a natychmiast wstawała i oddalała się z godnością.
Próbowałam zaobserwować zmiany za pomocą oczu jedynie, kładąc się obok i intensywnie wgapiając w brzuszek, ale ona ma tak gęste i puchate futro – mimo, że przecież krótkie, jak to u rusałek – że nie było sposobu, żeby je przeniknąć wzrokiem.
Na szczęście w zasadzie nie jest potrzebny mi ostateczny dowód, bo kicia coraz więcej czasu spędza leżąc na boku, a jej brzuszek zaczyna się nader obiecująco zaokrąglać. Mniej też szaleje po domu, choć wciąż jeszcze zwiedza wszystkie swoje ulubione miejsca na wysokościach. Zaniepokojony Z. nawet zapytał, czy wolno jej tak skakać. Ciąża to nie choroba – powiedziałam. Jak da radę, to niech skacze. Nie będzie dała rady – skakać przestanie.
Tak więc w pierwszej dekadzie stycznia spodziewamy się świeżej dostawy malutkich rusałek. A że oboje rodzice są w bardzo jasnych odcieniach szarości, a Cekin dał mi już miot prześlicznych kociąt, więc wiążę duże nadzieje z tym miotem. To już za miesiąc!