Natomiast Waszej domyślności pozostawiam, gdzie tutaj kot się zaczyna, a gdzie kończy…
Natomiast Waszej domyślności pozostawiam, gdzie tutaj kot się zaczyna, a gdzie kończy…
Ponieważ poniedziałek to parszywy dzień, każdy musi jakoś odreagować. Dzisiaj konsekwencje tego poniosły maine coony. Zostały mianowicie uprane. Za pomocą suchego szamponu.
Szampon ów ma postać pachnącej pianki, której należy nabrać w dłonie, rozprowadzić na kocie a następnie rozczesać. Ponieważ – w odróżnieniu od ruskiej – oba maine coony to dusza nie kot, bez protestów pozwoliły sobą pomiatać. Trochę się obawiałam o zapach, ale jakoś ich nie odrzuciło. Nawet nie czuły palącej potrzeby się wylizać po zabiegu, oba najpierw się zdrzemnęły, a i późniejsza toaleta była umiarkowanie intensywna. Wygląda na to, że szampon w piance daje się przeżyć.
Ryża kota po upraniu ma kitę jak lis. Oto dowód:
Poronionym pomysłem okazała się za to odżywka-nabłyszczacz, którą nabyłam z myślą o odpicowaniu kocinków na wystawę. Po użyciu koty mają w kilku miejscach takie punkowe pióropusze ze zlepionych kosmyków. Nie wykluczam, że jest to efekt mojej nieudolności. Szanse na nauczenie się prawidłowego używania preparatu są znikome, bo oba koty były zdegustowane psikaniem na nie i stanowczo nie chciały współpracować.
Wcale im się nie dziwię, też bym nie chciała chodzić taka rozczochrana.
Uwielbiam kiedy kot usiądzie w jakiejś nieprawdopodobnej pozycji, wyciągnie do góry łapę i… zapomni, co chciał zrobić. I albo tak siedzi i intensywnie myśli, albo próbuje zrobić coś zupełnie innego, nadal siedząc w tej pozycji.
Właśnie oglądamy, jak VaiPerek wylizuje TaiChi. Nad ich głowami rytmicznie porusza się wyciągnięta w górę zadnia łapa VaiPerka.
Tę cenną właściwosć należy wykorzystywać nie tylko jako źródło niewinnej rozrywki, ale też do odciągania uwagi kota, kiedy broi. Zamiast krzyczeć i wściekać się (czego w ogóle nie należy robić, bo kot i tak ma w d…, najwyżej moze strzelić focha, a pozytywnego efektu się nie osiągnie i tak), należy sprytnie rzucić myszkę, wydać z siebie dziwny odgłos lub zatańczyć krakowiaka z przytupem. Gwarantowane, ze kot zapomni, co chciał zrobić i zainteresuje się czym innym.
A teraz zapraszam do galerii – na jej końcu znalazło się kilka nowych zdjęć.
Byliśmy na wystawie wyłącznie towarzysko. Jak zwykle krótka w założeniu wizyta zamieniła się w kilkugodzinny pobyt.
Tym razem odbyła się na Białołęce, więc rzut beretem od nas. Hala Sportowa jest spora, ale i wystawianych było wiele – aż 320 – kotów, toteż ścisk był ogromny. Przejścia pomiędzy rzędami klatek były tak wąskie, że oglądający praktycznie nie byli w stanie się wyminąć. Robienie zdjęć zamieniło się w jakąś dziką rywalizację – czy zdążę zanim mnie ktoś potrąci? Na szczęście było co oglądać i większość alejek odwiedzaliśmy po kilka razy.
Najliczniej reprezentowana na wystawie była rasa maine coon, toteż Paweł – zakochany w nich na zabój – był w swoim żywiole. Ja z kolei z upodobaniem wyszukiwałam rarytasy: kociaki „puchate inaczej”: devony czy sfinksy. O ile tych pierwszych było mało, o tyle bezwłose sfinksy zdeklasowały inne koty jakością – jeden z nich otrzymał tytuł najlepszego w kategorii kotów krótkowłosych, bijąc na głowę m.in. wszystkie rosyjskie niebieskie, którym kibicowałam z bezinteresownej miłości do całej rasy.
Mieliśmy okazję też porozmawiać z miłą panią wystawiającą przepiękne ocikotki. To była bardzo pouczająca rozmowa o planach hodowlanych i doborze kocich par, więc mieliśmy okazję wiele się nauczyć. A przy okazji mogliśmy dobrze przyjrzeć się tym pięknym zwierzakom.
Więcej zdjęć z wystawy można obejrzeć w galerii.
Następna wystawa już za dwa tygodnie – 14-15.02.2009. Tym razem odbędzie się na drugim końcu miasta, bo w Hotelu Gromada na Okęciu. A ja dosłownie przed chwilą wypełniłam zgłoszenie – TaiChi startuje w klasie młodzieży 6-9 miesięcy, natomiast PaiLu debiutuje w klasie otwartej. PaiLu jest zdecydowanie w niekorzystnej sytuacji – najmłodsza w stawce, jeszcze na pół maluch, ale nic to – jak w przypadku każdego posiadanego przez kota, nasz sierściuch jest dla nas najpiękniejszy.
Od dziś zaczynamy się chwalić nową stroną naszych kotów pod nowym adresem. Na dzień dobry mamy dla Was tapety z naszymi sierściuchami. Na zdrowie!
wielkość: 1280×1024
Koty uwielbiają się wspinać. W naszym domu nie ma firanek, ale za to jest wypaśny drapak po sam sufit, doskonały nie tylko do wspinania się, ale również do gonitw i wyścigów. Mamy też osobną garderobę, do której koty mają wstęp. PaiLu, jako skoczek zawołany, włazi na najwyższe półki i z góry obserwuje wszystko z wyrazem lekkiego lekceważenia dla świata na pysku. TaiChi porusza się w dolnych rejonach – jest coraz większa i coraz dłuższa, więc skakanie przychodzi jej z coraz większym trudem. Z kolei VaiPer jest zwierzakiem ambitnym i walczy.
Mamy otóż w garderobie taki wolnostojący słupek z szufladami. Całość jest wykonana z siatki metalowej i jest ażurowa, ma ponad 2 m wysokości. Otóż VaiPerek, który zapewne byl wiewiórką w poprzednim wcieleniu, wspina się po szufladach – wygląda to jakby normalnie szedł w pionie do góry – i włazi do ostatniej szuflady. Na wierzch już nie da razy wleżć, bo nie ma się czego pazurami zaczepić. Tam na ogół siada PaiLu i się z niego naigrawa.
To bardzo ukochane miejsce VaiPerka na odpoczynek – cisza, spokój, półmrok. Jest tylko jeden problem – nie ma jak zejść. W związku z tym kiedy już mu się znudzi i chce wyjść, krzyczy do nas, żeby go zdjąć. I człowiek, chcąc nie chcąc, musi udać się do garderoby, rozłożyć drabinę, wejść na nią – kotek już wyciąga przednie łapki, żeby łatwiej go uchwycić – i zdjąć koteczka.
Wspominałam, że koty nas sobie nieźle wytresowały?
Tak sobie pomyśleliśmy, że będziemy zamykać garderobę wychodząc na dłużej. Już raz po powrocie trzeba było naprędce organizować misję ratunkową dla VaiPerka, który spędził na górze nie wiadomo jak długi czas.
Kot używa pazurów, żeby się wspiąć na drzewo i straży pożarnej, żeby z niego zejść. – Garfield
Kot po śniadaniu wpada w szał. Dzikie harce, biegi przełajowe, wskakiwanie na wszystko i zeskakiwanie od razu, podskoki przedziwne, zwijanie dywanów przy starcie, zrzucanie przedmiotów, które stoją na drodze, bieganie na oślep, wpadanie całym ciałem na meble i inne wyczyny, których słowo nie opowie, pióro nie opisze – to wszystko jest normalne.
.
A jak kotów jest trzy, to wszystkie szaleją naraz.
the kitty is hungry or not until we look – the state is undefined until observed (nie wiem skąd to wzięłam ;))
Kiedy kupowaliśmy kocią wyprawkę, wydawało nam się, że transporterki i toaleta są takie duże, gdzie my to postawimy i w ogóle! Po kilku miesiącach okazało się, że może i są duze, ale koty są większe. Przestały się mieścić w toalecie i trzeba było zdjęć budkę i zostawić goła kuwetę. Na szczęście nie potrzebowały jakiejś specjalnej intymności i zaakceptowały otwarty kibelek, ale to tak czy inaczej był półśrodek.
Zaczęliśmy szukać nowej kuwety, ale jak na złość okazało się, ze największy hurtownik na przełomie roku urządza wielką inwentaryzację i w ciągu pierwszej połowy stycznia nie ma co nawet marzyć o jakichkolwiek zakupach. Potem oczywiście kuweta była dostępna, ale w mocno nie pasujących do mnie kolorach. Ale mamy to za sobą, nowy nocnik właśnie przyjechał.
Wielkością zbliżony jest do szafki i nie mieści się w łazience. Musi niestety stać w eksponowanym miejscu, ale za to nie ma obawy, ze maine coony z niego wyrosną.
W dodatku dostarcza niesamowitych wrażeń akustycznych, bo kiedy koty grzebią w żwirku, normalnie pogłos idzie jak ze studni.