Archiwum autora
Maine coony z zaprzyjaźnionej hodowli
Jeśli gdzieś jest kupa małych koteczków do miziania i zachwycania się, to można być pewnym, że będę w pobliżu. W zeszłym tygodniu dopadłam stadka małych maine coonów. Pierwszy raz widziałam niebieskiego maine coona.
W wieku dwóch tygodni wygląda dla mnie dokładnie tak samo, jak mały rusałek: okrągła paszcza, tłusty zadek i gruby ogonek. Do tego malutkie uszka i oczka jak guziczki. Rozpłynąć się można. Jeszcze dwa tygodnie i będzie już kudłatą kulką, wtedy nie będzie już szans pomylić go z ruskiem.
Do tego jeszcze te cudne szylkretki z maziajami na pyskach! Ja w ogóle uwielbiam szylkretki, a nic tak nie dodaje charakteru jak maziaj przez pysk.
W ogóle jakoś tak się złożyło, że te mioty obfitują w takie nietypowe i niepasiaste koty: cudne ryże garfieldy i czarne behemoty. Znaczy rude są oczywiście pasiaste, ale rude na rudym to prawie jakby nie były :) Jak im wyrosną długie kudły i puchate ogony, dopiero będą wystrzałowe :) Tylko ten niebieski zostanie w hodowli, pozostałe można wciąż nabyć. Jeśli marzysz o puchatym, a mimo to prawie bezobsługowym, kotku o miłym charakterze – może to jest właśnie dobry moment?
Właścicielem tych słodziaków jest Ewa Kralka z hodowli Ewjatar.
Królowa przy nadziei
Wpisałam sobie w kalendarzu pod datą 25 listopada pozycję: sprawdzić PaiLu. To mniej więcej tyle dni po randce, żeby wystąpiły pierwsze objawy ciąży. Ha ha, łatwiej napisać niż zrobić.
PaiLu wcale nie miała zamiaru pokazać mi brzuszka. Co prawda wielokrotnie kładła się w rożnych miejscach na pleckach, przeciągając się bądź tylko odpoczywając, ale o dotykaniu nie mogło być mowy. Wystarczyło, żebym wyciągnęła rękę, a natychmiast wstawała i oddalała się z godnością.
Próbowałam zaobserwować zmiany za pomocą oczu jedynie, kładąc się obok i intensywnie wgapiając w brzuszek, ale ona ma tak gęste i puchate futro – mimo, że przecież krótkie, jak to u rusałek – że nie było sposobu, żeby je przeniknąć wzrokiem.
Na szczęście w zasadzie nie jest potrzebny mi ostateczny dowód, bo kicia coraz więcej czasu spędza leżąc na boku, a jej brzuszek zaczyna się nader obiecująco zaokrąglać. Mniej też szaleje po domu, choć wciąż jeszcze zwiedza wszystkie swoje ulubione miejsca na wysokościach. Zaniepokojony Z. nawet zapytał, czy wolno jej tak skakać. Ciąża to nie choroba – powiedziałam. Jak da radę, to niech skacze. Nie będzie dała rady – skakać przestanie.
Tak więc w pierwszej dekadzie stycznia spodziewamy się świeżej dostawy malutkich rusałek. A że oboje rodzice są w bardzo jasnych odcieniach szarości, a Cekin dał mi już miot prześlicznych kociąt, więc wiążę duże nadzieje z tym miotem. To już za miesiąc!
Pożegnania są do luftu
Pożegnania są do luftu. Im więcej wspólnych chwil, zabaw i codziennych rytuałów, tym trudniej pozwolić odejść. I nieważne, czy to drugie jest jednostką ludzką czy kocią.
FaaTum była tą iskierką, która rozpalała i napędzała szaleństwo w stadzie. Tłukła się z FaJin i ChiNą – na zmianę i jednocześnie. Prowokowała dzikie stadne gonitwy po domu, z wywracaniem drapaka włącznie. Na dorosłych kotach wymuszała takie ilości pieszczot, że nawet VaiPerek nie wytrzymywał i uciekał przed nią.
Wieczory spędzała razem ze mną. Zwykle czytam jeszcze przed snem w łóżku. Podciągam wtedy kolana, tworząc z kołdry taki namiot. FaaTum natychmiast tam wpełzała i układała się wygodnie. Czasem drzemała, czasem wykonywała toaletę, czasem figlarnie podgryzała mnie w łydki.
W końcu zaczęła dorastać i zmieniać zapach – i okazało się, że AnaTema nie akceptuje jej na swoim terenie.
FaaTum mieszka teraz bardzo daleko, bo aż we Wrocławiu, gdzie da początek nowej hodowli niebieskich rusałek. Ma miłych właścicieli i piękny drapak – i mam nadzieję, że będzie tam szczęśliwa. Żal mi trochę, bo na razie jest kotem pojedynczym, ale wierzę, że szybko dostanie towarzystwo.
Smutno w domu bez niej. Koty szukały jej kilka dni, a gonitwy ustały na cały tydzień. Tak, jakby zabawa bez niej przestała być zabawna.
Straszliwy transporter
Zła pani, zła. Dręczy swoje koty. Tym razem padło na puchate panienki, które zostały zmuszone do udania się do weta na badanie kontrolne i pobranie krwi.
A trzeba powiedzieć, że TaiChi jak ognia boi się transporterka i podróży. Nie wiem dlaczego, bo nie była chorowitym kotem i nie jeździliśmy do weta na nie wiadomo ile zabiegów. Taka jakaś natura bojaźliwa.
Wyjęłam więc transporter wcześniej, wymościłam i zostawiłam na środku pokoju. Rusałki rzuciły się doń, jakby tam co najmniej masaże robili, po krótkiej walce wygrała Antenka i to ona ułożyła się w środku do drzemki. Kiedy przyszedł czas wychodzić, musiałam ją wyciągnąć siłą – tak się zaparła pazurami.
Najpierw złapałam TaiChi, wrzuciłam do transportera i poszłam łapać ChiNę. ChiNa też jakoś niechętnie podchodziła do całej tej zabawy. Ledwie otworzyłam drzwiczki i próbowałam ją wepchnąć do środka, TaiChi dołem przepłynęła jak płaska wstążka i pognała do sypialni. Ten kot nie ma kości, słowo daję. Składa się do dwóch wymiarów i nawet się przy tym nie wysila.
Czy muszę dodawać, że kiedy próbowałam ją złapać, ChiNa prysnęła w drugą stronę?
Tylko mojej nadludzkiej cierpliwości i zręczności zawdzięczam to, że udało mi się w końcu je upchnąć do środka. Podróż w obie strony i sama wizyta u weta minęły bez specjalnych katastrof.
Po powrocie do domu TaiChi wyprysnęła z transportera jak z procy, po czym udała się na emigrację wewnętrzną oraz najwyższą półkę drapaka.
Po jakiejś godzinie odwracam się i widzę to.
Nie ogarniam tego kota.
Królowa na włościach
Królowa wróciła w domowe pielesze.
W oznaczonym dniu stawiłam się z transporterkiem, wydłubałam kotę z boksu i zapakowałam do samochodu. Pierwszą połowę drogi siedziała sfochana i darła na mnie mordę. Co tylko na nią spojrzę, ta: Miauuu! Jadąc w tamtą stronę się nie darła – ku mojemu zdziwieniu zresztą. Zaczęło we mnie kiełkować podejrzenie, że może nie chodzi o niewygody podroży, tylko ona się złości, że ją zabrałam z fajnego miejsca, gdzie się integrowała z obcymi kotami?
Hm.
Na szczęście w końcu się zamknęła i resztę drogi odbyłyśmy w ugodowym milczeniu.
Obawiałam się, że po jej powrocie będzie miał miejsce drobny sajgon związany z tym, że kota pachnie obco.
PaiLu wypuszczona z transporterka natychmiast ruszyła na obchód włości. Słowo daję: zbadała każdy zakamarek. Za nią, jak ogon komety podążały pozostałe koty, przy czym pierwszy trzymał praktycznie nos w jej tyłku, więc widok to był zgoła niebanalny. Żadnego warczenia, syczenia czy innych objawów niepokoju – z żadnej ze stron.
Zadowolona z wyników inspekcji PaiLu udała się na najwyższą szafę, gdzie spędziła kolejne trzy dni, śpiąc niemal bez przerwy. Jakby kota nadal nie było. Po trzech dniach zlazła i życie wróciło do normy. Kto miał zostać wylizany – został wylizany. Kto miał dostać bęcki – dostał bęcki. A mnie podrapała przy obcinaniu pazurów. I tak się zakończyła ta cała historia.
Haha, oczywiście, że to nie koniec. Ale efekty znane będą dopiero za trzy tygodnie. Stay tuned!
Kota nie ma, myszy harcują
Dobre wieści – co najmniej kilka osób się ucieszy! Pod warunkiem, że teraz mocno a skutecznie będziecie trzymać kciuki.
Dlaczego? PaiLu pojechała na randkę z bardzo przystojnym kocurem.
Nie obyło się bez scen dramatycznych, bo zamknięta w boksie z kocurem, PaiLu zdenerwowała się nieziemsko, schowała w kącie i tylko głośno warczała i syczała. Biedny kocur – dwa razy większy od niej – siedział skulony w przeciwległym kącie i ani pisnął.
Oczywiście całą drogę powrotną do Warszawy spędziłam rozważając jak złym i bezwzględnym człowiekiem jestem, zostawiając tak kocinkę na pastwę losu w obcym, nieznanym miejscu. Na szczęście już wieczorem dostałam krzepiącą relację – PaiLu dogadała się z chłopakiem, siedzą w jednym kojcu i wylizują sobie nawzajem futro.
Tymczasem w domu błogi spokój. Królowej nie ma, to kotów nikt nie rozstawia po kątach. One zaś, nieprzyzwyczajone do takiej wolności, nie bardzo wiedzą co z tym fantem począć. Nawet VaiPer jakoś mniej prezentuje swoją dominację nad ogółem – widać nie ma komu udowadniać czegokolwiek. Niech się cieszą, póki trwa – za kilka dni Królowa wróci i zrobi porządek.
Skarby Abisynii
Muszę się pochwalić – byłam z wizytą u kotów abisyńskich!
Czy wspominałam już, że nie mam miejsca na jeszcze jednego kota? Nie mam miejsca na białego devona, nie mam miejsca na sfinksa i kompletnie nie mam miejsca na abisyńczyka. Ani centymetra. Ani ciut-ciut. (Pomóżcie, bo mi silna wola słabnie!)
Gdyż abisyńczyki o dzikim umaszczeniu, a szczególnie kiedy są młode – są ab-so-lut-nie prześliczne.
Jak powiedziała Aneta, ich właścicielka, abisyńczyki są przekonane, że przychodzisz specjalnie do nich. Są towarzyskie aż do bólu. Człowieki są po to, by zachwycać się abisyńczykami, miziać, rozpieszczać, rozmawiać, zabawiać, rzucać zabawki i dostarczać wszelkich rozrywek.
A one kochają zabawę, są wesołe, rozkoszne, pełne wdzięku, zwinne, śliczne i do tego hiper-aktywne. ADHD wcielone.
Wygladają jak dzikie koty, jakby dopiero co wyszły z zarośli sawanny. Są smukłe i eleganckie. Na grzbiecie mają mix czarnego z rudo-brązowym i jestem przekonana, że w słońcu i w zaroślach byłyby całkiem niewidoczne.
Miałam też okazję obfotografować z każdej strony śliczną dziewczynkę w kolorze sorrel, czyli brzoskwiniowo-rudym. Shambala jest bardzo nieśmiała, więc początkowo próbowała chować się po kątach. Potem usadowiła się na górnej półce drapaka i udawała, że jej tam nie ma. Dopiero po jakimś czasie nabrała odwagi i chętnie pozowała do zdjęć.
Doskonale wiem, że gdybym przyniosła do domu takiego ślicznego abisyńczyka, w domu najpierw byłby zbiorowy foch, a potem zaczęłyby się sceny dantejskie, bo moje koty też nie z tych spokojnych. Ale one takie śliczne są…
A te śliczne koty zawitały tutaj dzięki uprzejmości Anety z hodowli Ullo Kokkino*Pl.
Więcej zdjęć w galerii – zapraszam do oglądania!
*
Przerwy w dostawie raz jeszcze
Pewnie zauważyliście, że strona od wczoraj trochę jakby zdychała – trwają prace związane z przeniesieniem na inny serwer.
Sprawa jest trudniejsza, niż początkowo wyglądało i wymaga pewnego nakładu prac ręcznych przy przenoszeniu bazy danych – niestety! Działamy intensywnie, zajmie to jeszcze kilkanaście godzin co najmniej. W ciągu doby lub dwóch powinno się wszystko wyprostować.
Stay tuned! We’ll be back!
Wytrzeszcz
Ogarnięta impulsem oraz lekko poszczuta na blipie przez usłużne koleżanki, które wyszperały ją na allegro, kupiłam sobie torbę. Z kotami. To zwykła płócienna torba, mieszcząca kilka notatników A4 albo niewielkie zakupy.
Z racji aparycji widniejących na nadruku futrzaków, szybko zyskała nazwę kodową „wytrzeszcz”. „Gdzie wytrzeszcz, bo muszę już wychodzić”. „Oddawajcie wytrzeszcza, złodziejki futrzate!” itp.
Gdybyście się na nią natknęli i zapałali – doradzam od razu przymocowanie na nowo rączek. Producent nie przewidział, że niezabezpieczony w żaden sposób koniec taśmy prędzej czy później się postrzępi i po prostu „wyjdzie” ze szwów. Raczej nawet prędzej, rzekłabym. Ja swoją po prostu rozprułam, stopiłam końcówki taśm nad zapalniczką, założyłam i dopiero przeszyłam – od tej pory trzyma bez problemów.
Torba musiała oczywiście przejść drobiazgową kontrolę i wielofazowe testy przydatności. Dopiero wtedy koty ją zaaprobowały i przekazały do użytkowania.
