Ogłoszenie parafialne

Poprzedni wpis miał być takim pożegnaniem z FaaTum, niestety los chciał inaczej. Jakieś fatum – nomen omen – zawisło widać nad moją ślicznotką.

Wobec tego ogłaszam nabór na najukochańszego właściciela/właścicielkę dla mojej koteczki.

Wymagania formalne: właściwy kandydat musi być osobą do szaleństwa zakochaną w kotach, pozwalającą owinąć się kotu wokół pazurka i musi uważać FaaTum za ósmy cud świata.

Tylko poważne oferty! :)

*

FaaTum, jak wiecie, jest kotem zrównoważonym…

… dystyngowanym…

… i ceniącym spokój domowego ogniska

Za miłość odpłaci miłością, w pakiecie jest też kupa zabawy i rozrywki, telewizor przestanie być w domu potrzebny.

Aha, szaleje za piórkami na patyku, więc sami wiecie – są też obowiązki.

*

Kontaktować się w tej sprawie prosimy dowolnym sposobem, byle skutecznie. :)

Related Images:

Facebooktwitter

Szpital na peryferiach

FrouFrou nas opuszcza. Zamieszka w Łodzi w panią Magdą i panem Piotrem.

Na moje oko była to miłość od pierwszego wejrzenia, choć pani Magda jeszcze przez dobrych kilka minut próbowała testować samą siebie i nie mogła się zdobyć na wypowiedzenia finalnego: ta i żadna inna.

W domu znowu szpital. Maleńka, przywieziona do domu po kastracji, wyczołgała się tylko z transporterka i położyła obok. Natychmiast zleciało się rodzeństwo i matka, żeby zaopiekować się rekonwalescentką. Szczególnie FajfOklok się przejął, tulił ją i wylizywał.

Kiedy FrouFrou odpoczęła i nabrała trochę sił, zaczęła wylizywać brzuszek. Bałam się, że będzie wygryzać nitki, więc zapakowałam ją w kaftanik. Jak widać – najnowszy model paryski ;).

Jakoś ją to strasznie wkurzyło, więc poszła do mamusi, żeby się poskarżyć i odebrać kolejną porcję pieszczot.

Kilka godzin po kastracji, kiedy już zmetabolizowała narkozę i doszła całkiem do siebie, wrócił jej humor i chęć do zabawy. Ganiała za zabawkami, tłukła się z rodzeństwem – dzień jak co dzień. Tylko zdaje się kaftanik jej nie leżał bardzo, bo jak się na niego uwzięła, to w ciągu niecałych 2 godzin rozszarpała go tak, że nie było czego zbierać.

Chciałam jej założyć kolejny, ale broniła się jak lew. Obserwowałam, czy nie szarpie nitek, ale tylko wylizała sobie dokładnie brzuszek, oczyściła ranę i zostawiła w spokoju. I bardzo dobrze – rana zagoiła się przepięknie, blizna nie ma nawet centymetra, a jak sierść odrośnie, nie będzie śladu po operacji.

Related Images:

Facebooktwitter

BanSai szykuje się do wyjazdu

Dzień przed wyjazdem do nowego domu BanSai postanowił załatwić wszystkie swoje niedokończone sprawy. Zabawki przeznaczone do wrzucenia na meble – wrzucił, koty do sprania – sprał, papiery do pogryzienia – pogryzł.

Pozostało już tylko jedno do zrobienia. Rozprawić się z cichym wrogiem. Wrogiem, który mu jakoś wyjątkowo zalazł za skórę, a którego, nie wiedzieć czemu, pani po każdym ataku doprowadzała z powrotem do stanu wyjściowego.

Pozostało wykonać wyrok na drzewkach jodynowych.

Mission accomplished.

*

Nauka nie idzie w las. Dwa dni później po powrocie do domu zastałam taki widok:

To był ostatni żywy kwiatek w tym domu.

*

Ps. Bardzo dziękuję Czytelnikom za 6 do 50 głosów :)

Related Images:

Facebooktwitter