Mała sprytna bestia

Synek PaiLu szybko się odnalazł wśród pozostałych kotów. Niestety PaiLu nie podziela jego entuzjazmu. Niechętnie i podejrzliwie odnosi się do każdego kota, który zbliża się do małego, nawet VaiPerka zdarzyło się jej ofukać. A ponieważ matka broniąca swego dziecka budzi respekt w każdym, w rezultacie reszta kotów stara się schodzić jej z drogi jak umie.

Maluszek zaś wręcz przeciwnie – złakniony jest kontaktu, wobec tego one uciekają, on je goni, a matka się piekli. Pandemonium.

Szczególnie upodobał sobie FaJin. Wychodzę na balkon i co widzę? Mały zdybał FaJin w wiklinowym koszu, przyparł do ściany, władował się do środka, przytulił, rozmruczał i poszedł spać.

FaJin nie wiedziała jak zareagować. W końcu przytuliła małego, użyła go jako poduszki pod głowę i tak sobie razem leżeli. Matka oczywiście musiała kontrolować sytuację, toteż położyła się u wejścia do kosza i pilnowała. Potem też wlazła do środka i przytuliła się do pozostałej dwójki.

Mały spryciula. Po prostu wszedł jak do siebie, zarządził i proszę – idylla. Jako żywo przypomniały mi się lektury z dzieciństwa i przypowiastka o moim ukochanym bohaterze, Hodży Nasreddinie, który podstępem dostał się do haremu emira, wchodząc jak do siebie i mydląc oczy wszystkim. Tak więc kociak został Hodżą.

Hodża Kot Doskonały*PL

Facebooktwittergoogle_plus

KoKotki

Nie mogłam się oprzeć. Musiały być KoKotki.

Pierwsze imiona przyniosły sobie czerwona i fioletowa wstążeczka. Obie świruski, obie pędzące po mieszkaniu z uroczych podskokach, obie gadające o wszystkim i z wszystkimi. Wiedziałam, że jedna będzie Kofeiną od tego napędu, którego mają duże ilości nie wiadomo skąd, a druga gadatliwą Kitarą – od instrumentu muzycznego.
W końcu się ustabilizowało: Kofeina ma czerwoną wstążeczkę…

… a Kitara – fioletową.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

A to był dowód na to, że nie tylko biegają i gadają. Czasem jest spokój.

Trzecia dziewczynka jest spokojniejsza. Bardzo towarzyska i kontaktowa, garnie się na ręce i na kolana. Lubi pogadać, ale zdecydowanie mniej, niż siostry. Mniej przebojowa, daje się dręczyć bratu. Cała jest taka słodka i śliczna, jak dużo kwiatów naraz. Dostała więc na imię Kassia, od greckiej formy nazwy kasji, czyli strączyńca, który jest narodowym drzewem Tajlandii i ma wielkie prześliczne kiście kwiatów.

Ich braciszek – to jest dopiero aparat. Kompletnie pokrzyżował mi plany. Z kojca wypuszczam kocięta kiedy pierwsze samodzielnie wylezie. Mały wylazł tydzień wcześniej, niż inne mioty. Nie byłam na to przygotowana! Tak samo jest z sypialnią – mogą wyjść do dużego pokoju, kiedy pokonają przeszkodę w drzwiach. Mały dokonał tego w tym samym tygodniu. Wsadziłam większy kawał kartonu – przelazł następnego dnia, a potem nauczył Kofeinę. Dlatego dostał na imię Kirk – bo podobnie jak James T. Kirk „boldly goes where no cat has gone before”, że tak sobie pozwolę sparafrazować hasło StarTreka. Z tym imieniem też mi namieszał w głowie. W zasadzie powinnam go zdrabniać na Kubusia, bo polskim odpowiednikiem imienia James jest Jakub, ale jakoś tak nie wiedzieć czemu został Krzysiem.

Oto Krzyś:

A w Galerii paczka nowych zdjęć!

Facebooktwittergoogle_plus

Da-Kotki

Zostałam złajana przez czytelników, że nic nie piszę o najmłodszym miocie. Kajam się, biję w piersi i poprawiam niniejszym.
Klusiątka uporczywie nie chciały powiedzieć jak chcą mieć na imię. Dokładniej: powiedziały, ale mi nie pasowało. Przetrzymały więc mnie tyle, że nie mam wyjścia. Imiona będą na D.

Klusiątka są przefajne i prześmieszne. Mieszkają cały czas w sypialni, choć chyba przeniosły się na stałe pod kojec. Widać pod półkami się już nie mieszczą, a pod kojcem to i matka się zmieści. Zaniosły tam sobie zabawki i siedzą grzecznie. Jak tylko wchodzę do sypialni, zaczynają piszczeć i nie mija chwila, a już gramolą się ze swojej kryjówki i pędzą do mnie. Kocurek zawsze pierwszy.

Już ogarniają koncepcję zabawy zabawkami na patyku, choć jeszcze nie można im smyrać piórkami za szybko, bo nie nadążają patrzeć. Nie należy też jeszcze machać nad głową, bo nie zauważają. Uwielbiają głaskanie. Dotykane, natychmiast przewracają się na plecy i eksponują brzuszek do głaskania. Wszystkie trzy. Zaczynają też już kuwetkować – głównie dziewczyny, bo one już jedzą stały pokarm. Kocurek – największy tłuścioszek – dostaje od mamusi tyle mleka, że nie czuje potrzeby jeść czego innego. Jeszcze. ;)

Najmłodsza i najmniejsza Klusiątka to ta z wiśniową opaską. Jest troszkę nieśmiała, nie rzuca się na człowieka, ale zawsze kładzie się tuż obok mnie i dyskretnie czeka na pieszczoty. Albo przytula się bokiem i tak sobie grzecznie leży. Kolorowe zabawki jeszcze ją nieco deprymują, woli bawić się białą myszką. Co nie znaczy, że nie jest 100% rusałką – wystarczy zobaczyć, jak tłucze się z o wiele od niej większym bratem, żeby nie mieć żadnych wątpliwości. Jako pierwsza zaczęła jeść chrupki. Jest raczej ostrożna, obserwuje wszystko uważnie z odległości. Przechyla wtedy tak główkę na bok i wygląda tak słodko, jak cukiereczek. No i jakoś tak nie chce przynieść innego imienia, niż Delicja. Delicje, że palce lizać – mawiał Pan Zagłoba. Niestety słowo zostało spopularyzowane przez ciastka, których szczerze nie znoszę, więc wcale nie chciałam jej tak nazywać – ale nic innego nie pasuje!

Delicja Kot Doskonały*PL

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jej starsza siostra to demon zabawy. Jak widzi piórka, to aż jej się oczy śmieją. Gania zawzięcie, skacząc, klucząc i robiąc zwroty w miejscu z nieprawdopodobną łatwością, jak na tak małego kotka. Lizus straszny – wylizuje mi każdy dostępny kawałek skóry. Poluje na stopy pod kocem, na książkę, którą czytam, na rodzeństwo. Eksploruje wszystkie zakamarki – czy to ciasne kąty, czy to przestrzenie na wyżynach drapaka. Zmęczona przycupnie na chwilę, odsapnie – i znowu gdzieś leci. Można się na nią gapić godzinami bez znudzenia. Depcze dużo po człowieku. Zaczyna od strony stóp, ani się obejrzysz, jak stoi ci na klatce piersiowej i zagląda w oczy. Jako pierwsza zaczęła kuwetkować. Za przykładem mamusi bardzo starannie sprząta w kuwecie, zarówno po sobie, jak i po rodzeństwie. Żwirek tylko pryska na boki. Dobrze, że jest jeszcze mała, to i zamach ma niewielki, bo jej matka potrafi przy sprzątaniu połowę żwirku wysłać na podłogę. Średnia Klusiątka będzie nosić imię Daruma – od japońskiej lalki będącej symbolem determinacji i osiągania celów, a także amuletem szczęścia.

Daruma Kot Doskonały*PL

Najstarszy Klusiątek jest jest największy i najgrubszy. Waży teraz 600g – trzeba go zobaczyć w bójce z Delicją, która waży 500g! Dawid i Goliat!

Kocurek jest takim puchatym, miziastym, pluszowym miśkiem. Jeśli by nastawianie brzuszka do głaskania było dyscypliną sportową, bez wątpienia stanąłby na podium. Pierwszy leci słysząc mój głos, zagląda w oczy i mówi: miziaj! Jest najbardziej śmiały i odważny z całej trójki. Pierwszy idzie, ostatni ucieka. Jest spokojny i zrównoważony, pod tym względem przypomina mi bardzo Sharifa. Totalne zen. Przy czym żebyśmy się dobrze zrozumieli – mówimy o rusałku. Spokojny rusałek to nie jest to samo, co spokojny brytyjczyk. Rusałki są z natury narwane, zawsze w biegu, 100 tysięcy pomysłów na raz. Klusiątek jest spokojny jak na rusałka.

Przekornie przyniósł sobie imię, którego też nie chciałam mu dać. Dumne imię, noszone przez perskich królów. Tylko jak ja mam, w mordę jeża, dać kotu na imię Dariusz? Jako imię dla kota niby jest świetne, bo ma dwie sylaby oraz ‚sz’ i ‚j’ w środku – czyli dźwięki dobrze rozróżniane przez koty. Można też zdrobnić na Daruś, a ‚ś’ koty słyszą jeszcze lepiej. Ale jednak…
Z ciekawości zajrzałam do źródłosłowu i dowiedziałam się, że pochodzi od daraya — „posiadać” i vahu — „dobro” i w związku z tym pierwotne znaczenie imienia można objaśnić jako „ten, który jest dobry”. W sumie jest to całkiem niezłe imię dla kota. Mam nadzieje, że będzie się zachowywał zgodnie z nim.

Dariusz Kot Doskonały*PL

Ps. Ale im zrobiłam cukierkowe zdjęcia. Jak nie moje :)

Pps. Już się nie mogę doczekać miotu na K. Na samą myśl o Ko-Kotkach mój Wewnętrzny Szyderca i Tropiciel Absurdów aż kwiczy :)

Facebooktwittergoogle_plus

Laleczki

Córeczki Antenki to wyjątkowe zjawisko. Pojedynczo są śliczne do potęgi drugiej: raz, bo są śliczne same z siebie, dwa: bo są małymi kociakami, które z natury rzeczy robią budyń z mózgu. Do tego coś się dzieje, kiedy są razem: ta ich śliczność kumuluje się i od razu widać, że to są cztery dziewczyny. Jakaś girl power z nich emanuje.

Wiedziałam, że tym razem imiona muszą być dziewczęce.

Jako pierwsza przyniosła sobie imię kicia z fioletową opaską. Nie jest bardzo mała, ale sprawia wrażenie czegoś drobnego, kruchego, ale pięknego, eleganckiego i cennego zarazem. Sama z siebie zaczęłam ją nazywać Perełką i tak zostanie. Oficjalnie kicia będzie się nazywać La Perla Kot Doskonały*PL

Imię dla kici z czerwoną opaską też znalazło się od razu. To najbardziej efektowna ze wszystkich sióstr. Jest największa, wszędzie jej pełno, wszędzie włazi, wszystkiego próbuje jako pierwsza. Do tego jest słodka i tulaśna. Wygląda jak gwiazda bollywoodzkiego filmu, dlatego dostała hinduskie imię od jednej z epizodycznych postaci z mojego ulubionego serialu. La Lita Kot Doskonały*PL

Kotka z żółtą opaską jest nerdem. Lubi robić wszystko po swojemu i we własnym tempie. Jeśli kot jako taki chadza własnymi drogami, to ta kotka jest kotem do kwadratu: nawet wśród kotów mówiono by o niej, że chadza własnymi drogami. Będzie nosić imię Luna, Księżycowa Pani.

La Luna Kot Doskonały*PL. I tak, najprawdopodobniej w domu skończy się Lalunią :)

Z imieniem dla kici z zieloną opaską miałam duży problem. Cokolwiek wymyśliłam, nie chciało się przykleić. Następnego dnia już nie mogłam sobie przypomnieć własnych pomysłów. Dopiero po jakimś czasie domyśliłam się, że były za bardzo frywolne, nazbyt zabawne. Zielona kicia jest Laleczką, ale chandlerowską. Jest jak Lauren Bacall, do której Bogart mógłby powiedzieć: Laleczko. Dlatego będzie nosić dumne imię La Donna.

La Donna Kot Doskonały*PL

Laleczki czekają na ludzi, którym mogłyby upiększyć życie – jeśli zastanawiasz się nad rusałką, zapraszam do nas :)

Facebooktwittergoogle_plus

Sykotki

Całkiem niespodziewanie kotki przyniosły sobie imiona. I chociaż w zasadzie miały się nazywać zupełnie inaczej i na inną literę, to jednak prośba panny Zuzi, żeby wołać na jej koteczkę Serafina trafiła na podatny grunt i zmieniłam decyzję.

Zważywszy, że serafini to chór anielski, patrząc na to zdjęcie chyba przyznacie, że pasuje:

Oczywiście teraz Serafina jest już większa i coś mi mówi, że łobuziak z niej będzie niesamowity, i to łobuziak prześliczny. Ma jaśniutkie futerko, takie jak u mamusi. Oczy na razie wszystkie maluchy mają cudownie wyraziste, niebieściutkie jak chabry, ale z czasem zmienią kolor, malutka prawdopodobnie będzie miała jasnozielone. Bardzo szybko opanowała sztukę poruszania się na czterech łapach i w ogóle koordynację, toteż mimo, że jest najmniejsza, najskuteczniej dręczy braci, bo trafia tam, gdzie celuje :)

Ponieważ maluchy już są dosyć sprawne, bez obaw zawiązałam im kolorowe opaski, żeby na zdjęciach łatwiej je odróżniać. Serafina nosi czerwoną.

W poszukiwaniu inspiracji ryłam w internecie. Wśród serafinów był tylko jeden o imieniu na S, Sariel, ale mi nie pasował. Wyczytałam natomiast, że nazywany był Bożym Dowódcą (Commander) i zastanowiło mnie czy są jakieś słowa na S, które oznaczają jakąś formę zwierzchności. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że jest ich całkiem sporo: sahib, sułtan, szach, szaman, szeryf, szejk, szogun, szyper…

Doznałam oświecenia. Mniejszy kocurek to stworzenie nader dzielne i pozbawione strachu. Rzekłabym, że nawet – żądne przygód. Uporczywie próbuje wyleźć z pudła, dręczy rodzeństwo, wystawiony na spacer, natychmiast biegnie zwiedzać. Jednym słowem: wojownik pełną gębą. Saladyn, nie ma lepszego imienia.

Kiedyś wydawało mi się, ze saladyn to nazwa rodzaju żołnierzy, coś jak huzar czy dragon – najprawdopodobniej pozajączkowało mi się z paladynem. Dopiero później poczytałam o Salah ad-Dinie al-Ajjubi i mi się umysł wyprostował. Saladyn zapisał się w historii jako władca śmiały, ale też prawy i rycerski – mimo, że walczył po drugiej stronie barykady, przeciw chrześcijańskim krucjatom i nawet odebrał „naszym” Jerozolimę. Nawet Ryszard Lwie Serce wielkim szacunkiem go darzył. Należy oczekiwać, że kocurek w cieniu takiej historii na grzecznego i ułożonego nie wyrośnie, ale mam nadzieję, że pan Piotr mi wybaczy ;). Za to jest ufny i towarzyski.

Saladyn nosi zieloną opaskę.

Pozostało nazwać trzeciego kocurka. Maluch jest zdecydowanie najspokojniejszy z całej trójki (jak na rusałka oczywiście). Zdarza mu się siedzieć grzecznie i rozmyślać nad tajemnicami świata poza kojcem. Porusza się statecznie – bo jest największy i najgrubszy. W kocich zapasach nie ustępuje rodzeństwu, ale zdecydowanie preferuje mizianki. Kiedy mamusia go wylizuje, kładzie się na pleckach i poddaje z rozkoszą. Wielmoża :)

I wtedy drogą skojarzeń skośnych przyszło słowo: Sharif. Bynajmniej nie ma nic wspólnego z szeryfem, oprócz zbliżonego brzmienia. Sharif to arabski tytuł honorowy, a oznacza dosłownie: szlachetny, dostojny. Jak wymalowany :)

Sharif nosi zółtą opaskę.

A wszystkie razem i każdy osobno są tak śliczne, że chciałoby się je schrupać :)

Facebooktwittergoogle_plus

Imiona nadane

Zrobione – kotki wybrały sobie imiona.

Najpierw imię nadało się samo najmłodszej i najmniejszej koteczce. Nadało się samo, ponieważ ja mam Tajny Klucz Nadawania Imion moim przyszłym kotom. Jedynie AnaTema się wyłamała, ale to dlatego, że w czasie nadawania imion temu miotowi jeszcze nie zdecydowałam, że ją sobie zostawię.

Ewa, która jest jednym z największych fachowców – jeśli nie największym – od rusałek, potwierdziła mi, że najmłodsza warta jest grzechu. I tak sobie pomyślałam: matka urodziła ją praktycznie rzutem na taśmę, ostatnim wysiłkiem, mała  powinna być najsłabsza, tymczasem jako pierwsza wyszła z kojca i poszła zwiedzać świat i nie boi się niczego. W zasadzie nie miałam wątpliwości – będzie miała na imię Fa Jin. Fa jin jest to stosowane w niektórych chińskich sztukach walki momentalne wyzwolenie energii w czasie ciosu, podczas gdy poza tą chwilą ciało jest rozluźnione.

Męskim imieniem okazał się Fajf Oklok. Kocurek jako drugi wyruszył na podbój świata. W odróżnieniu od pozostałych kociąt niemal od razu zaczął chodzić płynnie. Normalnie chodzenie jest sztuką, która przychodzi jako ostatnia, po poruszaniu się nagłymi wyrzutami do przodu oraz płynnym bieganiu. Kocurek jest pod tym względem ewenementem i jego dostojny krok jakoś tak mi się skojarzył z brytyjskim gentlemanem i uznałam, że Fajf Oklok będzie idealne.

Największa koteczka to oaza spokoju. Porusza się spokojnie, lubi poleżeć, śpi ile może i jeszcze trochę. Świat zwiedza niespiesznie, ze spokojem i systematycznie. Jak ma w planach dojść do konkretnego miejsca, to dojdzie, choćby po drodze było nie wiadomo ile przeszkód. Na przykład w postaci mamy próbującej ją zagonić do kojca. Jakoś tak ten spokój skojarzył mi się z nieuchronnością i nadałam jej imię Faa Tum.

Trzecia koteczka to stworzonko o niesamowicie słodkiej mordce. Cała w sumie jest słodka, urocza i wdzięczna. Kica radośnie po całym domu, skacze na dostępne powierzchnie a potem z nich zeskakuje. Zabawki chwyta w zęby i biegnie do kojca. Radość dla oczu. Do tego jest sprytna i mądra. Fenk Ju w sumie by do niej pasowało. Dzień czy dwa próbowałam ją tak nazywać, ale kompletnie nie układało mi się to imię na języku. Przyjrzałam się jej uważniej – to nie jest hoże angielskie dziewczę tylko sprytna Francuzeczka! Z mordki widać, że to Frou Frou!

Facebooktwittergoogle_plus

Imiona dla kociąt

Mam zagwozdkę. Imiona, które wymyśliłam kociętom przed ich narodzeniem nie nadają się dla takiej gromadki i muszę wymyślić nowe.

Najprawdopodobniej stanie na literze F. Mam dwa zestawy: jeden przewrotny i jeden „normalny”.

Zestaw 1

  • Feng Shui
  • Feng Shan
  • Feng Yun
  • Feng Tian

Zestaw 2

  • Fajf Oklok
  • Frou Frou
  • Fee Ria
  • Feng Shui

Jeżeli któraś koteczka zostanie z nami, mam już dla niej od dawna imię i to nie podlegające negocjacjom :). No i teraz, drogie Bravo, co wybrać?

Ps. Wszystkie kocięta otworzyły już oczy! Cudowny widok, kiedy nachylam się nad pudłem, a ze środka patrzy na mnie osiem niebieściutkich guziczków.

Facebooktwittergoogle_plus

Koniec bezimienności

Ponieważ życie zmusiło mnie wreszcie do dostarczenia klubowi tzw. karty miotu oraz złożenia wniosku o wydanie rodowodów maluchom, musiałam w końcu podjąć decyzję co do imion dla maine coonów. Wybierałam z trzech opcji, wybierałam, aż w końcu wymyśliłam nowe i te nowe już obowiązują. Przepadło.

Rusałki mają imiona pochodzące z różnych języków: PaiLu – z chińskiego, Bean Si – ze staroirlandzkiego, Bach Szisz – z perskiego, Ban Sai – z japońskiego. Tym razem postanowiłam przynajmniej tematycznie trzymać się jednego wątku.

Maine coonki są chińskie, jak mamusia i też mają w imieniu Chi, jak energia życiowa.

Jedna jest śmiała i nieustraszona, bez wahania rusza na podbój świata. Dzielna jak Bruce Lee, więc będzie miała na imię Chi Lee (CziLi).

Druga to siła spokoju. Siedzi sobie w kojcu jak taki mały gruby Chińczyk i uśmiecha się do siebie. Będzie więc miała na imię Chi Na, jak „China” (CzajNa) – Chiny po angielsku.

O!

Ponoć koty bardzo dobrze słyszą m. in. cz i sz, jest więc szansa, że będą reagować na swoje imiona. :)

Facebooktwittergoogle_plus