Lipiec mnie nieco zaskoczył. Wraz z lipcem zaskoczyła mnie świadomość, że jeśli mamy mieć kocięta w tym roku, to właśnie dzwoni ostatni dzwonek. Wszelkie amory od drugiej połowy lipca oznaczają, że na Święta zostanę z koszem zwierzaków – a cała moja rodzina mieszka 200 km ode mnie. Albo wydam kocięta do nowych domów przed Świętami, albo kotki mają celibat do końca roku.
I jak na zawołanie TaiChi zgłosiła ewentualne zainteresowanie randką. W te pędy pognaliśmy więc z panienką do narzeczonego. Wszystko było fajnie do chwili, kiedy musiałam ją tam zostawić – w obcym miejscu, z obcym kotem, chowającą się w kuwecie, całą przerażoną. Czułam się jak zbrodniarka.
Pozostałe koty całymi dniami chodzą po domu i szukają. VaiPerek miałczy non stop, zamyka się tylko wtedy, kiedy śpi. Ja wydzwaniam dwa razy dziennie po wieści z pola boju, ale jakoś nie udaje mi się przekazać kotom, że TaiChi ma się dobrze i wkrótce wróci.