Archiwum kategorii ‘Z życia kotów’

Cztery szóstki czyli rusałki on board

Wczoraj wieczorem AnaTema postanowiła obdarować ten świat czwórką swoim ślicznych maluchów.

Maluchy są niemal tej samej wielkości – ich waga urodzeniowa zawierała się w przedziale od 87 do 91 gramów. Dziś już oczywiście są napompowane mlekiem tak, że wyglądają jak okrągły brzuszek z doczepioną głową i kończynami.

Wstępne oględziny wykazały dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Co do jednej dziewczyny nie mam 100% pewności, więc może się jeszcze coś zmienić. O ile Anatenka pozwoli mi je w końcu obejrzeć. Na razie małe tak się drą przy podnoszeniu, że Antenka świruje, a za drzwiami kocice wyją, też gotowe bronić. Uznałam, że nie będę się narażać.

Miot nr 6: dziewczyny na górze, chłopaki na dole (No, chyba że po kolejnych oględzinach wyjdzie co innego. Okaże się wkrótce)

kot-i-miot6

Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że Antenka urodziła je co prawda późnym wieczorem, ale jeszcze wciąż o takiej porze, że ja  normalnie funkcjonuję. W odróżnieniu od innych miotów, które rodziły się w środku nocy.

Najbardziej hardcorowa była raz PaiLu, która rodziła kocięta między północą a 4 nad ranem w dniu, w którym miałam wstać o 6, żeby stawić się o 8 rano na szkolenie w miejscowości oddalonej o jakieś 20 km od Warszawy. Jako prowadząca owe szkolenie, więc żadnych szans na zdrzemnięcie się w kącie.

Matka i kocięta rezydują na razie w łazience, skąd rozgłośnymi wrzaskami donoszą o niezłej kondycji, zwłaszcza w obszarze płuc.

O tym jak zakochałam się w narzeczonym mojej kotki

Zachorowałam.
Zachorowałam na kocura maine coon. Konkretnie – zachorowałam na Iksa.

Od wieków choruję na białego devon rexa. Od kilku lat – na sfinksa, abisyńczyka oraz rusałka kastracika (ach, takiego słodkiego, wielkiego, przytulastego rusałka). Od niedawna zachorowałam na Iksika.

Iksik jest najsłodszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam. Jest oczywiście wielki i puchaty, ma białe łapecki(!), sterczące wąsiska i najchętniej wlazłby Ci na kolana, na ręce, gdziekolwiek i śpiewał do ucha.

m_20111214_044

Wczoraj na randkę z Iksikiem pojechała ChiNa. Jak to w obcym miejscu, przestraszona Chinulka zamieniła się w malutki biały kłębuszek nastroszonego futra. (Słowo daję, jak one to robią? I ona, i jej matka potrafią zwinąć się w kłębuszek wielkości dwóch dłoni.) Weszłam razem z nią do kojca, kucnęłam, a ona ułożyła się na moich kolanach, uczepiła pazurami spodni i całą sobą przekazała „nie zejdę”.

Wpuszczony do środka Iksik przyszedł się przywitać, a kiedy powitalnym pomrukom i głaskom stało się zadość, zainteresował się dziewczynką. Zamruczał do niej, zaśpiewał, a potem starannie ją umył, aż malutka się trochę odprężyła i wystawiła głowę. Miałam taki #sweetnessattack, że nawet mi nie przeszkadzały zdrętwiałe do postaci kłód drewna nogi.

Nie nastawiam się na spektakularne efekty, bo ChiNa nie tylko kompletnie nie mogła załapać o co chodzi w randkowaniu – w końcu to pierwszy raz! – ale też dosyć skutecznie przeszkadzała Iksikowi. Biedaczek masował ją delikatnie, przymilał się i w ogóle, a ona jak ta sierota, nic, ściana. Zobaczymy, może jej jakoś wytłumaczy :)

Kotek dla dziewczynki

Już tydzień mija od czasu, kiedy dwa Sykotki pojechały do nowych domów. Pierwsze dni były ciężkie. Koty chodziły po domu i szukały maluchów, szczególnie VaiPerek, który zawsze troskliwie opiekuje się kociętami. Saladyn, który zostaje z nami jeszcze trochę, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Trzy dni spędził praktycznie na moich kolanach albo na rękach, jakby bojąc się, że nagle zniknę, jak Serafina i Sharif. Dosyć utrudniało mi to życie, bo ciężko jedną ręką słoik otworzyć czy jajko rozbić.

m_20120413_012

Tak się złożyło, że oba Sykotki staną się towarzyszami dwóch przemiłych nastoletnich panienek.

Pierwszy pojechał Sharif. Chwilę się zeszło, zanim załatwiliśmy formalności i zapakowaliśmy całą wyprawkę. Do tego sesja pytań i odpowiedzi. Kociaki najpierw biegały i bawiły się, a potem Sharif ułożył się wygodnie na kolanach Sary, nowej właścicielki, i słodko zasnął. Dobra wróżba.

m_20120412_014

Serafina pojechała następnego dnia. Najpierw była nieufna, uciekała od nas. Potem dała się skusić na zabawki i ani się obejrzeliśmy, już szalała z Zuzią, swoją nową panią. PaiLu w tym czasie zaprzyjaźniała się z dorosłymi gośćmi – właziła na plecy i wylizywała włosy. Znowu dobra wróżba!

m_20120414_015

Teraz przygotowuję się psychicznie na odejście Saladyna. Łatwo nie będzie, niestety.

Uczta prawie lukullusowa

Za kotem piętrzy się góra mięsiwa rozmaitego: pasztety, kiełbasy, szynki, a ten… żre babkę ziemniaczaną. Zrobioną – niespodzianka – z ziemniaków. Moja krew.

Jak mi jeszcze ktoś powie, że moje koty to takie zwykłe koty, jak każde inne, tylko w dziwnym kolorze, to go wyśmieję.

img_20120409_163439

W ramach anegdotki mogę jeszcze opowiedzieć, jak kiedyś bratowa przywiozła mi kawał mięcha w darze. Rozmawiałyśmy sobie, a ja porcjowałam chabaninę na kawałki w celu zamrożenia. Jakoś tak się zagadałyśmy, wyszłyśmy z kuchni, a ja zapomniałam o mięsie na blacie.

Wracam po jakimś czasie – leży nietknięte. Ha! Przebijcie to! :)

Troje nastolatków

To niesamowite, jak te kocięta się różnią. Zupełnie inne charaktery, pomimo tych samych rodziców i warunków wychowania.

Chłopcy wyrośli na nastolatków demonstrujących swoją niezależność.

m_20120308_054

Saladyn spędza dużo czasu sam, chodzi własnymi drogami, ma własne zabawy. Zwykle gania po domu, kiedy jego rodzeństwo śpi – i na odwrót. Sam rzadko przychodzi na mizianki, ale wzięty na ręce rozpływa się z zachwytu, wylizuje mi dokładnie całe ręce i twarz i w ogóle najchętniej by nie schodził.

Sharif też demonstruje samowystarczalność, jednocześnie będąc blisko człowieka i innych kotów. Sam przychodzi na pieszczoty, uwala się brzuszkiem do góry jak basza, ale dla równowagi łapie dłoń zębami. Nie gryzie, tylko trzyma zębami. A ponieważ staram się kocięta oduczać takich zabaw, zwykle wkładam mu do mordki jego własną łapę albo koniec ogona, a on się wtedy przezabawnie złości. Podejrzewam, że to uwielbia.

Serafina z kolei nie demonstruje niczego. Kiedy jest w przytulastym nastroju, przychodzi na kolana i zagląda miłośnie w oczy. Kiedy ma ochotę na inne rozrywki – po prostu wstaje i oddala się. To jest dopiero prawdziwa niezależność. A do tego jest kotkiem tak niesamowicie miziastym i garnącym się do człowieka, że nie sposób jej nie kochać za tę kombinację cech.

m_20120317_012

Tymczasem w drodze do weta na kastrację kto wył jak potępieniec? Obaj chłopcy. Serafina zachowywała względny spokój – na tyle na ile to możliwe będąc zamkniętą w małej przestrzeni z dwoma wyjcami. Tyle w temacie: jaki to ze mnie macho.

Choć muszę przyznać, że po powrocie do domu Saladyn położył się grzecznie w koszyku i poszedł spać, natomiast pozostała dwójka wlazła mi na kolana i pozostała tam aż do późnego wieczora. Dobrze, że zrobiłam sobie wolny dzień, bo i tak nic nie byłam w stanie zrobić z uczepionymi spodni dwoma kotami. Nawet wstać na chwilę.

Dobrze, ze już po wszystkim.

Trudno być matką dorastających kociąt…

Jakoś wstrząsająco szybko rosną te kociaki. Sama nie wiem, kiedy minęło drugie szczepienie, a chłopcy osiągnęli półtora kilograma wagi. Teraz kiedy leżą obok siebie w trakcie karmienia, ledwie mieszczą się przy boku PaiLu.

m_20120321_001

PaiLu zaś prezentuje wyjątkową nadopiekuńczość. Zawsze była nadopiekuńcza, ale tym razem przechodzi samą siebie. Normalnie po dwóch miesiącach przestaje karmić maluchy, tym razem karmi nawet po trzech. Fakt, że tylko chwilę, bardziej „dla smaku”, ale jednak. Dodatkowo czuje potrzebę bronienia ich przed wszystkim. Wystarczy, że któryś piśnie, ona już leci, gotowa zabijać. I niestety obrywa się pozostałym kocicom, nieważne czy winne, czy nie.

A że maluchy, posłuszne odwiecznym instynktom, tłuką się cały czas, to co i rusz zdarza im się pisnąć pod naciskiem zębów rodzeństwa.

m_20120318_003

Biedne kocice, mówię Wam.

Na szczęście już się trochę atmosfera oczyściła i znowu wszystkie zgodnie przytulają się i wylizują uszy, ale okres, kiedy kocięta intensywnie i organoleptycznie poznawały świat był naprawdę trudny do wytrzymania. PaiLu nie była w stanie zaakceptować tego, że małe śpią już samotnie w różnych miejscach, chowają się pod i za meblami i w ogóle chodzą samopas! Bez jej opieki i kontroli! Dramat!

Dopóki mieszkały w sypialni, dopóty był spokój bo miała nad nimi jakąś kontrolę. Odkąd odzyskały wolność – biedna znowu dwoi się i troi, żeby podążać za każdym maluchem. Jednocześnie. We wszystkich kierunkach naraz. Koci multitasking.

m_20120319_012

Zatłoczone noce

Jak pamiętacie, w wyniku niedawnych wydarzeń dziewczyny zrobiły się dosyć nerwowe i nie widziałam innego wyjścia, jak odizolować je od siebie. Stanęło na tym, że PaiLu z kociętami zamieszka w sypialni.
Wraz z kotami przywędrowała kuweta, miski, ulubione kocyki i zabawki. Zrobiło się… trochę tłoczno. Ale co zrobić – taka jest potrzeba chwili, trzeba to znieść do czasu, aż sytuacja się unormuje.
Kocięta zadowolone nie były, bo amputowano im taki fajny obszar do eksploracji, ale jakoś się z tym pogodziły. Całą swoją energię ukierunkowały więc na rozniesienie  pokoju na strzępy. A że już całkiem sprawne i energiczne były…

m_20120210_012
Kiedy nadchodziła noc i zaczynałam krzątać się po sypialni, przygotowując się do snu – dla kociąt był to widomy znak, że trzeba wstać i zacząć coś robić. Bo i światło zapalone, i pani się krząta, i tyle rzeczy się dzieje…

Zwykle sypiam po zewnętrznej stronie łóżka, ale jak tu spać, jak kocięta ganiają się po pokoju i zakręty im często wypadają już na łóżku i na mnie? (przypominam, że łóżko nie ma nóżek, zostały usunięte właśnie po to, żeby kocięta nie chowały się pod). Przesunęłam się na drugi koniec łóżka, od ściany.
Nagle! najbardziej fascynującym zadaniem stało się sprawdzenie czy między łóżkiem a ścianą nic nie leży, a jeśli nic – to wrzucanie tam zabawek i wyławianie na nowo. Potem zawody – ile najwięcej kota zmieści się w tej szparze. Potem biegi na czas z jedną parą łap w szparze, a drugą na łóżku. Grrr.
Położyłam się na środku.
Szpara przestała być tak niezwykle atrakcyjna, ganiajmy się wokół – kto pierwszy zrobi zylion okrążeń! Kiedy czwarty raz przeleciały mi po twarzy, miałam chęć przerobić je na kisiel i ciastka. Ratunku. Ja muszę spać, choć trochę…

m_20120307_004

Nakręciłam nawet komórką film o tym, jak to wygląda, gdyż słowa nie oddają grozy sytuacji. Niestety złe Mzimu zeżarło go wraz z pozostałą zawartością karty pamięci telefonu. Część zdjęć udało się odzyskać, filmy wszystkie poszły w kosmos. Zamiast tego będzie więc dawka budyniu w innym temacie. Proszę zapiąć pasy i przygotować się.

Wyższe poziomy rozwoju

Zważyłam Sykotki.
Po urodzeniu Sharif wazył 130g, a Serafina i Saladyn po 120. Po niecałych 2 miesiącach – Sharif: 860g, Saladyn: 790g, Serafina: 690g. Nieźle :)

Kociaki są świeżo po  pierwszym szczepieniu. Tym razem przygotowaliśmy się z Panem Wetem na wszelkie ewentualności (mając w pamięci nauczkę, jakiej udzieliły nam kocice poprzednio). PaiLu została zamknięta w sypialni, Antenka – w łazience. Kocięta donosiłam pojedynczo. Kłucie zniosły dzielnie, a Saladyn nawet nie zapiszczał, taki był dzielny – prawdziwy wojownik!

Szczepienie przerwało im drzemkę, więc po zabiegu po prostu poszły dalej spać, a wieczorem wstały jak nowe. Żadnych niepokojących objawów poszczepiennych, na szczęście.

m_20120227_011

Kocięta mieszkają teraz z matką w sypialni. Musiałam je odizolować od TaiChi aż zatrzyma się u niej laktacja, a ona  sama przestanie tak się do nich garnąć. Zwłaszcza, że PaiLu wcale nie jest z tego powodu zadowolona i strasznie się złości, a swoją złość rozciąga też na pozostałe kocice.

Kociaki zdobywają coraz wyższe rejony. Najpierw znalazłam je na poziomie pierwszej platformy drapaka. Biły się. Na szczęście upadek z niewielkiej wysokości zupełnie nie wytrącał ich z rytmu – wdrapywały się z powrotem i rzucały do walki.

Potem znalazłam wszystkie trzy śpiące w jaskini na drugim poziomie. Dobrze, że TaiChi nie ma wstępu do sypialni, bo pewnie nie byłaby zadowolona – to jej miejscówka.

Na drugim poziomie zostały tez przyłapane na kolejnej edycji karmienia wyczynowego. Udało się złapać tylko komórką, więc zdjęcie cudem urody nie jest, ale i tak robi wrażenie. Dodam, że żaden nie spadł i nie doznał urazów przy tej karkołomnej rozrywce.

zdjecie03291

Z drugiego poziomu tylko krok na parapet, który tez dostarczył chwili rozrywki.

Aż nadszedł ten dzień, kiedy udało im się wdrapać na samą górę i przejść na regał. Od tej pory sypiają tylko na regale albo najwyższym poziomie drapaka, który jest na tej samej wysokości. Przepadło, mam oto kolejny miot kotów wysokościowych.

m_20120214_012

Tak bywa…

Natura nie była dla nas łaskawa. Czasem tak bywa. Na małe mainecoonki będzie trzeba jeszcze poczekać.

TaiChi czuje się dobrze, chociaż jest trochę niezadowolona z tego, że została odizolowana od Sykotków. Skoro nie może bawić się z nimi, szuka innych rozrywek. Leży teraz na moich rękach, tak, że mogę poruszać tylko palcami i patrzy jak się męczę próbując uzyskać polskie litery.

Sykotki zaś rosną pięknie, co widać po zdjęciach z galerii – zapraszam do obejrzenia.

m_20120213_003

Sykotki

Całkiem niespodziewanie kotki przyniosły sobie imiona. I chociaż w zasadzie miały się nazywać zupełnie inaczej i na inną literę, to jednak prośba panny Zuzi, żeby wołać na jej koteczkę Serafina trafiła na podatny grunt i zmieniłam decyzję.

Zważywszy, że serafini to chór anielski, patrząc na to zdjęcie chyba przyznacie, że pasuje:

m_20120123_013

Oczywiście teraz Serafina jest już większa i coś mi mówi, że łobuziak z niej będzie niesamowity, i to łobuziak prześliczny. Ma jaśniutkie futerko, takie jak u mamusi. Oczy na razie wszystkie maluchy mają cudownie wyraziste, niebieściutkie jak chabry, ale z czasem zmienią kolor, malutka prawdopodobnie będzie miała jasnozielone. Bardzo szybko opanowała sztukę poruszania się na czterech łapach i w ogóle koordynację, toteż mimo, że jest najmniejsza, najskuteczniej dręczy braci, bo trafia tam, gdzie celuje :)

Ponieważ maluchy już są dosyć sprawne, bez obaw zawiązałam im kolorowe opaski, żeby na zdjęciach łatwiej je odróżniać. Serafina nosi czerwoną.

m_20120129_035

W poszukiwaniu inspiracji ryłam w internecie. Wśród serafinów był tylko jeden o imieniu na S, Sariel, ale mi nie pasował. Wyczytałam natomiast, że nazywany był Bożym Dowódcą (Commander) i zastanowiło mnie czy są jakieś słowa na S, które oznaczają jakąś formę zwierzchności. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że jest ich całkiem sporo: sahib, sułtan, szach, szaman, szeryf, szejk, szogun, szyper…

Doznałam oświecenia. Mniejszy kocurek to stworzenie nader dzielne i pozbawione strachu. Rzekłabym, że nawet – żądne przygód. Uporczywie próbuje wyleźć z pudła, dręczy rodzeństwo, wystawiony na spacer, natychmiast biegnie zwiedzać. Jednym słowem: wojownik pełną gębą. Saladyn, nie ma lepszego imienia.

Kiedyś wydawało mi się, ze saladyn to nazwa rodzaju żołnierzy, coś jak huzar czy dragon – najprawdopodobniej pozajączkowało mi się z paladynem. Dopiero później poczytałam o Salah ad-Dinie al-Ajjubi i mi się umysł wyprostował. Saladyn zapisał się w historii jako władca śmiały, ale też prawy i rycerski – mimo, że walczył po drugiej stronie barykady, przeciw chrześcijańskim krucjatom i nawet odebrał „naszym” Jerozolimę. Nawet Ryszard Lwie Serce wielkim szacunkiem go darzył. Należy oczekiwać, że kocurek w cieniu takiej historii na grzecznego i ułożonego nie wyrośnie, ale mam nadzieję, że pan Piotr mi wybaczy ;). Za to jest ufny i towarzyski.

Saladyn nosi zieloną opaskę.

m_20120129_019

Pozostało nazwać trzeciego kocurka. Maluch jest zdecydowanie najspokojniejszy z całej trójki (jak na rusałka oczywiście). Zdarza mu się siedzieć grzecznie i rozmyślać nad tajemnicami świata poza kojcem. Porusza się statecznie – bo jest największy i najgrubszy. W kocich zapasach nie ustępuje rodzeństwu, ale zdecydowanie preferuje mizianki. Kiedy mamusia go wylizuje, kładzie się na pleckach i poddaje z rozkoszą. Wielmoża :)

I wtedy drogą skojarzeń skośnych przyszło słowo: Sharif. Bynajmniej nie ma nic wspólnego z szeryfem, oprócz zbliżonego brzmienia. Sharif to arabski tytuł honorowy, a oznacza dosłownie: szlachetny, dostojny. Jak wymalowany :)

Sharif nosi zółtą opaskę.

m_20120129_014

A wszystkie razem i każdy osobno są tak śliczne, że chciałoby się je schrupać :)