Opieka nad kotem po kastracji

Opieka nad kotem po kastracji jest technicznie prosta, ale wykańczająca emocjonalnie. Kot po wybudzeniu jest osowiały, nie do końca kontaktuje i ogólnie wygląda tak, że się serce kraje. Bardzo łatwo jest dostać psychozy i spędzić pół dnia na sprawdzaniu co 5 minut czy kot oddycha, czy serce mu bije i czy się biedak nie dusi.

Nie wiem, czy to norma, ale moim wszystkim włącza się szwendaczek i próbują chodzić po mieszkaniu. Zwykle na tym etapie łapy jeszcze ich nie słuchają, więc zwierzak zatacza się i przewraca, co oczywiście nie wpływa pozytywnie na proces gojenia. Konieczne chcą leżeć wówczas na swoich ulubionych miejscach – na fotelu czy drapaku.

Mogłabym oczywiście zamknąć je w transporterkach i przeczekać, ale jakoś nie mam serca. Pracowicie chodzę za nimi, podtrzymuję, podsadzam na wyżej położone miejsca, pilnuję kiedy chcą zejść, żeby je przenieść. Obserwuję ile razy i jak często piją.

W pierwszych godzinach jeszcze nie powinny jeść, natomiast mogą pić. Dodatkowo jeszcze mogą się zdarzyć (i często zdarzają) wymioty, więc trzeba być czujnym jak ważka w locie. Bezsenna noc po kastracji, spędzona na pilnowaniu, żeby sobie nie zrobiły krzywdy, to standard. Trzeba obserwować, czy nie pojawiają się jakieś wycieki ropne z rany, krwawienie, czy wymioty nie są nazbyt silne, czy kot nie ma kłopotów z oddychaniem czy nie ma innych niepokojących objawów. Koty, tak jak ludzie, mogą różnie reagować na narkozę. Jedne metabolizują ją gładko, inne się męczą. Jedne śpią, inne wymiotują po kątach.

Często czytam na forach pełne lęku wypowiedzi osób, które maja przed sobą to doświadczenie albo są w jego trakcie. Za każdym razem przepełnia mnie współczucie, bo wiem jak strasznie stresująca dla właściciela jest to sytuacja, zwłaszcza kiedy robi się to pierwszy raz. Są chwile, kiedy naprawdę chce się usiąść i płakać ze strachu i bezradności nad tym strzępkiem kota.

Na szczęście następnego dnia nasz kochany kot jest znowu sobą i można odetchnąć z ulgą.

Chyba, że mamy dziewczynkę – wtedy zaczyna się jazda z pilnowaniem, żeby nie rozszarpała sobie szwów. Jeśli kota za bardzo interesuje się raną, może być konieczne założenie kołnierza albo kaftanika, który uniemożliwi jej sięgnięcie zębami. Kiedy kotów jest kilka i pozostałe pomagają w rekonwalescencji wylizywaniem rany, kaftanik jest niezbędny, chyba, że chcemy narażać kota na przedłużanie procesu gojenia w nieskończoność.

Kot w kołnierzu albo kaftanie jest kotem w skrajnej depresji. Komunikuje to całym sobą, wpędzając właścicieli w stres i poczucie winy. Trzeba się temu oprzeć aż do chwili, kiedy rana zasklepi się na tyle, że nie ma niebezpieczeństwa ponownego jej rozszarpania. A jeśli kicia chwyta zębami nitki – może to trwać nawet kilka dni.

Takie 10 dni w kołnierzu i kaftanie przetrwaliśmy przy okazji operacji Vaiperka, która była też naszym pierwszym doświadczeniem tego typu. Popełniliśmy wtedy wiele błędów – z lęku, z braku doświadczenia, z niewiedzy. Gdyby to się zdarzyło teraz, biedak nie musiałby aż tyle się męczyć z tym abażurem na łbie. Teraz przy kastracji kociaków kaftanik zakładam dziewczynkom na jeden-dwa dni i wszystko goi się dobrze. Tym razem tej przyjemności doświadczyła tylko BeanSi, bo ChiLee w ogóle się raną nie interesowała. Grzeczna dziewczynka.

A ze straszno-śmiesznych historii: natknęłam się kiedyś na forum na wypowiedź „pani fachowiec”, która doradzała początkującej właścicielce kota, żeby nie szła do weterynarza, który każe zakładać kaftanik.  Bo to zły weterynarz jest. Przyznam, że ręce mi opadły. Raz, że straszy dziewczynę; dwa, że wciska jej jakąś straszliwą bzdurę – że kaftanik to zło (a może wręcz Zło?). Po założeniu kaftana kot dostanie zapewne zapaści, wypadnie mu sierść i oczy oraz się zaślini. No ratunku. Kaftan jest po to, żeby rana się szybciej zagoiła, a nie z powodu sadystycznych zapędów weterynarza!

A wracając do kastracji dziewczynek – po około 10 dniach trzeba ponownie zakolędować do weterynarza na zdjęcie szwów. Jeżeli nie dopilnowaliśmy kota, może się zdarzyć, że rana nie będzie jeszcze zagojona i weterynarz zaleci jeszcze kilka dni rekonwalescencji. Jeśli wszystko będzie ok, samo wyjęcie szwów to dosłownie 10 sekund. Nitki zawiązane są po obu końcach rany na supełki, weterynarz obcina jeden supełek i pęsetą wyciąga nitkę, która powinna gładko się wysunąć. I voila! Kot jak nowy.

Przeczytaj również:

Podobne opowieści:

Facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *